Evensong

Czym dla prawosławia jest akatyst, tym dla anglikanizmu bez wątpienia jest evensong.
Evensongs rozbrzmiewają w katedrach, kaplicach słynnych college’ow i parafialnych kościółkach. Śpiewają je wspaniałe profesjonalne chóry i zwykli ludzie bez wykształcenia muzycznego i ambicji artystycznych. Bo – chociaż niekiedy łatwo o tym zapomnieć i poczuć się trochę jak na koncercie – evensong jest przede wszystkim i ponad wszystko modlitwą,
jedną z wielu form worship – służby Bożej.

Już od dłuższego czasu zabieram się do poświecenia tej formie liturgicznej odrębnej notki i ciągle… brakuje mi odwagi. To jest trochę tak, jakby się próbowało opisać ukochaną czy ukochanego, albo miejsce, które bardzo kochasz i do którego ciągle powracasz. Już w tej chwili, gdy piszę te słowa, towarzyszy mi wrażenie kiczowatości a przede wszystkim przekonanie, ze nie potrafię wyrazić tego, co bym wyrazić pragnął.

‘Mój’ pierwszy evensong miał miejsce w Kościele ewangelicko-reformowanym w Kampen, w Holandii, pewnego niedzielnego popołudnia w 1995 r. Niewiele wówczas wiedziałem o angielskiej/anglikańskiej tradycji chóralnej i liturgicznej, a i językowo trudno było mi się w tym wszystkim połapać, bowiem mój angielski był wówczas jeszcze całkowicie w powijakach. Z muzyczno-wokalnego punktu widzenia miałem natomiast wówczas, sam o tym z reszta jeszcze nie wiedząc, ogromne szczęście, bowiem chór, którego słuchałem, był bez najmniejszych wątpliwości najlepszym holenderskim chórem chłopięcym w stylu angielskim: Roden Boys Choir (Roder Jongenskoor). Pod tym linkiem możecie znaleźć na youtube Ave Maria w wykonaniu chłopców z Roden, a tutaj dowiedzieć się czegoś więcej o tym chórze i nabyć jego nagrania  (Nie! To nie żadna kryptoreklama! Po prostu najnormalniej w świecie reklamuje ten znakomity chór z malej miejscowości w północnej Holandii. Są świetni i każdy może o tym wiedzieć!). Od tego czasu brałem udział lub słuchałem setek evensongs w najróżniejszych wykonaniach i w najróżniejszych miejscach. I właściwie za każdym razem: w średniowiecznym wiejskim kościółku w Walii, w kościele parafialnym w centrum Edynburga, w statecznej katedrze św. Bawona w Haarlemie czy po prostu w domu – ze słuchawkami na uszach, było to coś specjalnego.

Dawny priest-in-charge anglikańskiej kongregacji w Haarlemie, o. Brian Richards zwykł nazywać evensong ‘starożytną modlitwą niepodzielonego Kościoła’. Jest w tym nieco prawdy, ale również sporo wishful thinking typowego anglokatolika ze skłonnościami do romantyzmu (muszę zresztą przyznać, że i ja chętnie tak myślę o evensong, nawet wiedząc, podobnie jak o. Brian wiedział, ze to nie do końca prawda).

Evensong jest modlitwą wieczorną powstałą z klasztornych nieszporów (vespers) i komplety (compline), ponieważ zaś te formy modlitewne mają rzeczywiście bardzo starożytne korzenie, sięgające tradycji Izraela, evensong w jakimś sensie dziedziczy tę tradycję, nawet jeśli nie jest bezpośrednio jej spadkobiercą.

Jak wiadomo reformacja nie była – eufemistycznie rzecz ujmując – pozytywnie nastawiona do monastycyzmu i klasztornych form dewocji. Również na Wyspach Brytyjskich, podobnie jak na kontynencie, klasztory sekularyzowano i kasowano, nierzadko w bardzo brutalny sposób. Jednakże, w przeciwieństwie do kontynentalnej, brytyjska reformacja – nawet w swej najbardziej radykalnej fazie – była bardziej nastawiona na podtrzymanie ciągłości Kościoła, w tym również form liturgicznych. To, co uważano za cenne, starano się nie tylko utrzymać, ale i upowszechnić. Dotyczyło to również elementów pobożności monastycznej. Rzecz jasna, nie można jej było przenieść poza klasztorne mury w całości, integralnie, ale można było skorzystać z wypracowanych w jej ramach form, nadając im nową postać, lepiej przystosowana do potrzeb i możliwości ludzi żyjących ‘w świecie’ i borykających się z codziennymi obowiązkami: duchownych i świeckich. Stad właśnie ów mix nieszporów i komplety, zawierający zresztą również pewne elementy innych godzin kanonicznych.

W mojej opinii evensong ujawnia szczególnie dobrze pewien rys duchowości anglikańskiej: to jak poważnie bierze anglikanizm kapłaństwo powszechne wszystkich wierzących. Nie chciałbym urazić niczyich uczuć, ale osobiście wydaje mi się, że o ile kontynentalny protestantyzm w swojej praktyce liturgicznej czasami ‘ściąga’ wszystko i wszystkich ‘na dół’, o tyle anglikanizm ‘zjadaczy chleba w aniołów przerabia’. Evensong unosi uczestników – na skrzydłach wspólnej modlitwy, muzyki, śpiewu – pozwala im, choć na moment, dołączyć do anielskiego i archanielskiego chóru, który ustawicznie wysławia Boga na wysokościach. Może brzmi to nieco platońsko, ale ten rodzaj platonizmu jest nieodłączna częścią ‘anglikańskiej drogi’.

W skład evensong wchodzą modlitwy, psalmy, czytania biblijne, hymny (w tym, zaczerpnięty z nieszporów Magnificat i pochodzący z komplety Nunc Dimittis), niekiedy krótkie rozważanie, bywa, że również adoracja Najświętszego Sakramentu. Całość trwa od 40 minut do godziny.

Trudno pisać o liturgii nie mając możliwości przeżywania jej wspólnie z czytelnikiem. Rzecz jasna, bardzo zachęcam wszystkim do wzięcia udziału w evensong w czasie pobytu na Wyspach czy ‘Za Wielka Woda’. Maja one miejsce w prawie każdym kościele tradycji anglikańskiej. Jednakże w innych krajach i kościołach innych denominacji bywają one organizowane: np. w Amsterdamie w rzymskokatolickim Nicolaaskerk (tuż koło Dworca Centralnego) poza okresem wakacyjnym co sobota o godz. 17 (tutaj można znaleźć, niestety tylko w języku niderlandzkim, opis evensongu wraz z przykładami. Aby posłuchać trzeba kliknąć na “luistervoorbeeld” ). Jestem ciekaw, czy i w Polsce są miejsca, gdzie można wziąć udział w evensong.

Poza tym pozostają media, a zwłaszcza nieoceniony internet. Evensong jest najstarszą stałą audycją nadawaną przez BBC (od 1926 r.), w radiowym programie 3, obecnie w środy o godz. 16 (czasu Greenwich). Za pośrednictwem tej strony internetowej można go wysłuchać, zarówno live, jak i potem – przez tydzień od pierwszej audycji. Również strona internetowa Grace Cathedral w San Francisco dostarcza możliwości wysłuchania zapisu cotygodniowego czwartkowego evensong (w odróżnieniu od Eucharists Evensongs nie są tu transmitowane na żywo).

Na zakończenie Magnificat i Nunc Dimittis śpiewane przez King’s College Choir z Cambridge:


This entry was posted in Wpisy po polsku and tagged , . Bookmark the permalink.

29 Responses to Evensong

  1. Seamus says:

    Mam następujące pytanie: czy w Polsce możliwe jest przystąpienie do Kościoła Anglikańskiego, innymi słowy konwersja na anglikanizm? Do tej pory na naszym rodzimym podwórku jest mi znany jeden taki przypadek (i to pośrednio, bo z internetu), o tyle szczególny, że dotyczył duchownego i wiązał się z przeprowadzką do Anglii. Ja mam na myśli sytuację bycia anglikaninem w Polsce. Czy to jest w ogóle możliwe, a jeśli tak to co należy zrobić, żeby zostać anglikaninem nad Wisłą? Będę wdzięczny za odpowiedź.

  2. Pradusz says:

    W tej sprawie najlepiej zglosic sie do warszawskiej kapelanii anglikanskiej
    http://www.anglicanchurch.pl/ a zwlaszcza bezposrednio do jej kapelana Wielebnego Roberta Campbella.
    W niczym nie starajac sie ostudzic Twego zapalu, chcialbym jednak dodac, ze ZADEN KOSCIOL ANGLIKANSKI NIE PROWADZI W POLSCE DZIALALNOSCI PROZELICKIEJ, tzn. nastawionej na ´podbieranie´ czlonkow innym Kosciolom chrzescijanskim. Anglikanie w Polsce maja swiadomosc bycia goscmi. Chca wlaczyc swoj glos do wspolnego swiadectwa Kosciolow chrzescijanskich, a nie byc dla nich konkurencja. Na terenie polski dziala poza tym Kosciol narodowy, bedacy, jak i inne Koscioly starokatolickie, Kosciolem w pelnej komunii z Kosciolami anglikanskimi. Jest to Kosciol polskokatolicki. Poza tym dzialaja rowniez inni starokatolicy: mariawici. Rowniez z wyznaniami protestanckimi wiaza anglikanow mocne wiezi (np. – aktywni w Polsce – metodysci wywodza sie z ruchu przebudzeniowego, ktory rozpoczal sie w anglikanizmie).
    Przejscie pod anglikanska jurysdykcje (osobiscie tak chetniej nazywam ten akt; okreslenia ‘konwersja’ staram sie nie uzywac) jest zawsze mozliwe, ale od Wielebnego Campbella wiem, ze raczej ‘nie pali sie’ on do takich aktow. Poza tym jesli nie mieszkasz w Warszawie lub okolicach, trudno byloby Ci brac udzial w zyciu liturgicznym anglikanow w Polsce, a coz to za przynaleznosc bez mozliwosci udzialu w Eucharystii i w zyciu kongregacji?
    Do tego chcialbym jeszcze dodac, ze niewielka wspolnota anglikanow w Warszawie odzwierciedla co prawda rozne nurty i kierunki wspolczesnego anglikanizmu, ale samego ks. Roberta zaliczalbym osobiscie raczej do nurtu ‘umiarkowanie konserwatywnego’ (co np. ujawnia sie w jego stosunku do homoseksualizmu). Nie wiem jakie sa Twoje motywy, ale warto o tym pamietac. Ks. Campbell jest co prawda episkopalianinem, ale nie zawsze mu po drodze z ECUSA, zas w Polsce pelni sluzbe nie pod jurysdykcja episkopalnego biskupa lecz biskupa nalezacego do Kosciola Anglii i to raczej do jego konserwatywnego skrzydla. To nie jest zreszta krytyka z mojej strony, tylko informacja.

    • Seamus says:

      Przede wszystkim dziekuje za Twoja odpowiedz. To dobrze, ze anglikanie w Polsce nie sa nastawieni na prozelityzm – swiadczy to o ich klasie:) Jednak czym innym “podbieranie” czlonkow, a czym innym swiadoma i osobista chec doroslego czlowieka do “przejscia pod jurysdykcje” anglikanska (ze uzyje Twojego okreslenia, ktore bardzo mi sie podoba i jest znacznie lepsze niz moje). Jak wnosze z Twojej odpowiedzi, na to drugie nie sa zamknieci i bardzo mnie to cieszy.
      Doceniam Twoje wskazowki dotyczace kosciolow starokatolickich. Niestety, z mojego dotychczasowego rozeznania wynika, ze nie sa to wspolnoty dla mnie. Od Kosciola Polskokatolickiego odrzuca mnie atrofia zycia koscielnego i niewykonany rachunek sumienia z przeszlosci. Nie traktuj jednak tego co pisze jako ataku. O ile sie nie myle, swojego czasu bardzo broniles tego kosciola na jednym z forow starokatolickich, ktorego bylem biernym “czytaczem” i sledzilem to z duzym podziwem dla Twojej argumentacji. Nie zmienia to jednak mojej opinii, ze ta wspolnota zamiera w Polsce, brak jej tozsamosci i wizji na przyszlosc. Oczywiscie, nie musialo (i nie musi) tak byc, ale moim zdaniem jest. Ja sam czesto mysle o KPK jako o zmarnowanej szansie polskiego starokatolicyzmu i zaluje, ze tak sie to ze starokatolicyzmem w Polsce ulozylo. Bardzo chcialbym, zeby starokatolicyzm w Polsce zyl i byl realna propozycja dla poszukujacego chrzescijanina, tak jak np. w “Twojej” Holandii. Jak powiedzialem, nie wydaje mi sie aby tak bylo. Ale jak wiemy mialy na to wplyw rowniez czynniki historyczne i to jak ewoluowal starokatolicyzm w Polsce w ciagu minionego wieku (romans z wladza i minionym systemem musial odbic sie czkawka po odzyskaniu wolnosci i przemianach roku 89). To jednak oczywiscie temat na zupelnie inna dyskusje, wiec tu sie zatrzymam.
      Co do mariawitow, to o ile, w moim przekonaniu, nie brak im wlasnej tozsamosci i zycia wewnetrznego ich kosciola, to ta opcja takze nie budzi mojego zainteresowania. Mariawityzm jest mocno zakotwiczony w ludowej polskiej poboznosci, ktora niespecjalnie do mnie przemawia. Krotko mowiac, sa dla mnie skrajnie odlegli od anglikanizmu. Oczywiscie jest wiele podobienstw dotyczacych tresci, ale ja niestety jestem osoba dla ktorej forma ma spore znaczenie:)
      Znam takze pochodzenie i doktryne metodystow. Czuje duza sympatie dla tego wyznania, jestem wrecz fanem Wesleya i jego myslenia teologicznego (a szczegolnie ekumenicznego). Ale mowiac obrazowo, to juz zbyt daleka wycieczka na protestancki brzeg:). Odrzuca mnie typowo literalne rozumienie sola scriptura (choc tak chetnie ja przyjmuje kiedy mowi o niej Rahner…), a takze protestancki ikonoklazm.
      Sam zatem widzisz, ze nie bardzo biore pod uwage jakis rodzimy “zamiennik” (choc dalibog chcialbym, zeby taki byl). Rzeczywiscie, zgadzam sie ze jedna parafia w Polsce to spory problem. Wyobrazam sobie jednak, ze moglbym uczestniczyc w Eucharystii w KPK jesli nie byloby mozliwosci uczestnictwa w nabozenstwach anglikanskich. Za jakis czas planuje przeprowadzke do Warszawy, wiec wtedy mialbym rzut beretem…
      Podsumowujac, jeszcze raz dziekuje za Twoje uwagi. Pozwalam sobie odpowiedziec takim dlugim postem, bo pomyslalem sobie, ze moze ktos sledzi nasza dyskusje i to o czym rozmawiamy, wyda sie dla kogos wazne lub ciekawe.
      Mam tez do Ciebie pytanie, jak oceniasz perspektywe starokatolicyzmu w Polsce. Jak widzisz przyszlosc mariawitow i polskokatolikow?

  3. Pradusz says:

    To ja dziekuje za Twoje zainteresowanie i okazje do rozmowy. Blog ‘zyje’ w koncu nie tylko dzieki ‘regularnym’ wpisom lecz w nie mniejszym stopniu dzieki ‘komentom’.

    Twoje uwagi w odniesieniu do metodyzmu pokrywaja sie z moimi doswiadczeniami. Osobiscie wiele zawdzieczam lodzkiej wspolnocie metodystycznej, na obrzezach ktorej ‘fluktuowalem’ przez jakis czas, a zwlaszcza jej, zmarlemu juz niestety, kanzodziei, ks. Henrykowi Koniecznemu. Jak wiekszosc dawnych studentow CHAT-u uwazam sie w jakims stopniu za ucznia ks. prof. Witolda Benedyktowicza, bez watpienia jednego z najwybitniejszych polskich teologow drugiej polowy XX w. Swego czasu losy zetknely mnie rowniez z innym bardzo ciekawym polskim metodysta, ks. Januszem Szczesnym Ostrowskim. Doprawdy zadziwiajacy czlowiek, jedyny w swoim rodzaju. Zaluje, ze nie dane mi go bylo poznac jeszcze blizej. Wlasciwie wielu szczegolow o nim dowiedzialem sie dopiero z tego tekstu http://www.lots.pila.pl/index.php?pub=33. Kiedys chce mu poswiecic wiecej uwagi na blogu. Zgadzam sie jednak z Toba. W Polsce nie mamy metodyzmu i metodystow ‘wysokokoscielnych’: o duchowosci porownywalnej z ta, ktora reprezentuje ks. dr Greg Neal (http://www.revneal.org/ ) czy Zakon sw. Lukasza (http://www.saint-luke.net/ ). Szkoda… A przeciez, jak o tym wspominalismy juz na blogu, John Wesley nigdy do konca nie zerwal z ‘High Church’ i jego poboznoscia. Moze raczej nalezaloby powiedziec, ze ja w jakis sposob uzupelnil o nowe elementy, pochodzace przede wszystkim z duchowosci herrnhuckiej. Metodysci, ktorzy tak jednoznacznie wybieraja model ‘niskokoscielny’, nierzadko w polaczeniu z pewnymi ewangelikalno-fundamentalistycznymi sympatiami (aczkolwiek to polaczenie nie jest regula, trzeba zaznaczyc!), sami siebie zubozaja. Jakze odmiennie prezentuje sie chocby metodyzm reprezentowany przez spolecznosc zbierajaca sie na modlitwe w tym nowojorskim kosciele: http://www.christchurchnyc.org/tour.html. Piekne miejsce i piekne swiadectwo roznorodnosci tego nurtu duchowego oraz glebi jego zakorzenienia w starokoscielnej, przedprotestanckiej glebie… Niestety, troche podobnie jest rowniez z polskimi luteranami. I w tym kosciele nurt ‘High Church’ jest raczej slaby, chociaz zaczyna sie organizowac (http://stowarzyszeniestaroluteranskie.pl.tl/ ).

    Pozwol jeszcze na pewna uwage w odniesieniu do tej czesci Twojej wypowiedzi, w ktorej piszesz: ‘Wyobrazam sobie jednak, ze moglbym uczestniczyc w Eucharystii w KPK jesli nie byloby mozliwosci uczestnictwa w nabozenstwach anglikanskich’. Nie zrozum mnie zle: nie przypisuje sobie prawa do dokonywania zadnych ocen, ale dla mnie rzeczywista wiez sakramentalna jest o wiele wazniejsza od wiezi administracyjno-jurysdykcyjnej. Gdyby mial sie znalezc w podobnej sytuacji, zadalbym sobie pytanie: Dlaczego moge z tymi ludzmi – takimi jakimi sa! – dzielic eucharystyczny chleb i kielich, a nie widze dla siebie mozliwosci przystapienia do ich wspolnoty w sposob formalny? Wszak Eucharystia to nieporownywalnie wiecej niz znalezienie sie na jakiejs liscie czlonkowskiej! Trudno jest mi pojac jak ktos, kto – jak wyznika z Twojego postu – poczuwa sie do wiezi z katolickim modelem duchowosci, a jednoczesnie w jakims sensie przedklada formalna przynaleznosc (przed ktora sie bronisz) nad wiez eucharystyczna (ktora dopuszczasz).
    Ja sam jestem czlonkiem Kosciola starokatolickiego w Holandii, aczkolwiek nigdy nie ‘wypisalem sie’ rowniez z haarlemskiej wspolnoty anglikanskiej, wchodzacej w sklad diecezji Gibraltaru Kosciola Anglii. Z Kosciolem Anglii (i generalnie z Anglican Communion) nie jest mi ostatnio specjalnie po drodze, a do najblizszej parafii episkopalnej, w Belgii, nie mam wcale tak daleko, ale jednak odnosze ciagle wrazenie, ze ewentualny akces do niej bylby w jakims sensie pustym gestem. Z drugiej strony moge sie przyznac, iz postanowilem sobie, ze, jesli doszloby do zerwania wspolnoty miedzy episkopalianami a Stolica Canterbury (wciaz mam nadzieje, ze do tego nie dojdzie!), oficjalnie zrezygnuje z bycia czlonkiem Church of England i, nawet jesli mialoby to wylacznie wymiar symboliczny, poprosze o przyjecie mnie do wspolnoty episkopalnej. Jako sie rzeklo jednak: wciaz zywie nadzieje na to, ze anglikanom uda sie zachowac w jakiejs formie jednosc!
    Stawiasz mnie w niezwykle trudnej sytuacji zadajac mi pytanie o polski starokatolicyzm. To prawda, ze to wlasnie ja bronilem KPK na jednym z polskich forow. I nadal jestem zdania, ze, nawet jesli wielu przedstawicieli Kosciola polskokatolickiego nie ‘grzeszy’ lojalnoscia wobec innych Kosciolow Unii Utrechckiej, nie wolno odplacac tej wspolnocie ‘pieknym za nadobne’. Dlatego nielatwo jest mi ja krytykowac, chociaz wiele zarzutow pod jej adresem po prostu podzielam. Nie ukrywam jednak, ze w obecnej chwili wiecej laczy mnie z mariawitami. Co do formy – no coz, znam parafie anglikanskie bardzo z formy do mariawickich podobne, ale chyba wiem, o co Ci chodzi. Problemem mariawityzmu jest to, ze jakkolwiek na poczatku z duzym sukcesem udawalo mu sie laczyc zakorzenienie w polskim katolicyzmie ludowym z duchowa i intelektualna glebia (pierwsi mariawici to byla elita duchowienstwa!), z czasem akcent przesunal sie dosc mocno na ten element ludowy. Z drugiej strony Kosciol mariawitow to rowniez Kosciol ks.prof. K.M.P. Rudnickiego, duszpasterza krakowskiego filialu mariawickiego, to kosciol diakona Tomka Mamesa i paru innych naprawde ciekawych ludzi. Musze powiedziec, ze pokladam w nich duzo nadziei, chociaz zdaje sobie sprawe z tego, ze mariawityzm, by przetrwac i rozwijac sie, bedzie sie musial ‘przepoczwarzyc’, wyjsc z tej XIX-wiecznej ‘skorupy’, w ktorej sie znajduje i poszukac nowych drog. Mam nadzieje, ze mu sie to uda. A ktos taki jak Tomek Mames jest w moich oczach nosnikiem tej nadziei.
    Cenie i szanuje prorokow, ale sam sie do nich nie zaliczam, a wiec nie podejmuje sie przepowiadania losow polskiego starokatolicyzmu. Zwlaszcza w mariawityzmie dostrzegam spory potencjal, aczkolwiek pilnie potrzebujacy krytycznej analizy i dalszego rozwoju. Gdy jestem w Krakowie, zawsze chetnie zachodze na msze do kosciola sw. Marcina, ale na ten temat to juz moze Loukas raczej powinien sie wypowiadac; on tam bywa kilka razy w miesiacu.
    Co do polskokatolicyzmu. Nie jestem sklonny mowic o ‘zmarnowanej szansie’. Moze Cie to zdziwi, ale dla mnie sto lat istnienia wspolnoty (z tego dopiero nieco ponad pol wieku jako wspolnoty legalnej na ziemiach polskich), to wciaz za malo, by dokonywac ocen (rozwoj mariawityzmu, nawet jesli jest on mniej wiecej rowiesnikiem polskokatolicyzmu przebiegal jednak nieco bardziej harmonijnie, pomimo wstrzasow lat 30-ych). Poczatek byl trudny, potem nastapil okres pozornego rozkwitu, za ktora KPK po dzis dzien placi slona cene, a teraz wydaje mi sie, ze obserwujemy czas powolnego i mozolnego szukania wlasnego oblicza. W mojej opinii nie jest przasadzone czy uda sie je odnalezc (nie mowiac juz o tym jakie to mialoby byc oblicze), co jednak oznacza, ze rowniez nie jest przesadzone, ze sie nie uda. Obecnie jednak widac jak na dloni, ze brakuje wizji, brakuje tez sily i odwagi, by ja stworzyc i wdrazac w zycie. Mimo to wiem jednak, ze istnieja zywotne, dynamiczne parafie KPK, nawet jesli w tym momencie to nie one, niestety, nadaja ton.
    Poki co jednak wiecej dobrego oczekiwalbym od mariawitow.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Pradusz

  4. Seamus says:

    Z duzym zainteresowaniem przejrzalem linki, ktore podales. Nie mialem pojecia o istnieniu tego “wysokiego” odlamu metodyzmu. Szkoda, ze w Polsce to wszystko takie jednorodne…A ksiadz Ostrowski rzeczywiscie nieslychany, zyciorys, ktory rzadko sie zdarza w naszych nudnych czasach wspolczesnych, w ktorych i odwaga ekumeniczna jakby przygasla (jeden Hryniewicz wiosny nie czyni, chcialoby sie rzec).
    Twoich uwag odnosnie uczestnictwa w Eucharystii i formalnej przynaleznosci w zadnym razie nie odbieram jako proby oceny. Przeciwnie, przeczytalem je nawet z niejakim usmiechem bo…wiedzialem ,ze sie do tego “przyczepisz”:) I slusznie. Jest w tym (jak sadze pozorna) niekonsekwencja, a ja mam duzy problem w wyjasnieniu mojego stanowiska. Dlaczego? Dlatego, ze z jednej strony, podobnie jak Ty, uwazam, ze wiez sakramentalna jest wazniejsza od jakiejkolwiek metryki parafialnej, a z drugiej strony…wiem co czuje.
    Postaram sie to krotko opisac. Dla mnie wspolnota, ktorej jestem czlonkiem to takze cala otoczka zycia sakramentalnego, jej atmosfera, duch, czy jakkolwiek to nazwiemy. Moglbym to okreslic jako sposob przezywania chrzescijanstwa, jego interpretacje w duchu wspolnoty poprzez specyficzne formy jej poboznosci. Oczywiscie, jak powiedziales, Eucharystia jest wazniejsza. Ale jest dla mnie czyms innym sytuacja, kiedy uczestnicze w sakramentach danego kosciola dlatego, ze nie moge uczestniczyc w swojej wlasnej wspolnocie (i korzystam z dobrodziejstw interkomunii), a czym innym kiedy wstepuje do danej wspolnoty i przyjmuje cale jej dobrodziejstwo inwentarza. Gdybym mial to zawrzec w kilku slowach, to wole evensong (ech, te evensongi w Christ Church w Oxfordzie…) od nabozenstwa rozancowego. To pierwsze rezonuje w moim wnetrzu, to drugie – nie. To trudne do opisania, ale mysle ze zrozumiesz co mam na mysli. Kosciol to po prostu dla mnie takze pewien typ duchowosci i poboznosci, a ta anglikanska jest mi znacznie blizsza niz polskokatolicka. W pelni jednak zgadzam sie, ze najwazniejsze jest uczestnictwo we wspolnocie i Eucharystia. I to wlasnie ze wzgledu na to (paradoksalnie), bralbym pod uwage przyjmowanie sakramentow w KPK, nie bedac formalnie w tej wspolnocie.
    Twoje uwagi o mariawityzmie odzwierciedlaja moje spojrzenie. Od lat staram sie sledzic rozwoj tego kosciola w Polsce i budzi on we mnie zdecydowanie wieksze nadzieje, niz polskokatolicyzm. Z jednej strony zdumiewac moze w jakims sensie obecnosc w nim prof. Rudnickiego, ale z drugiej strony swiadczy to o tym, ze nurt “inteligencki” nie zamarl w nim zupelnie, a moze nawet znow sie odrodzi (bardzo kibicuje temu, co robi diakon Mames). Poki co jednak jest ludowo do bolu, a kosciol bardzo slabo istnieje w zyciu publicznym. Ale przynajmniej na biezaco prowadzi strone internetowa, skromna bo skromna, ale zawsze to cos (czego nie da sie powiedziec o KPK). Moze stwierdzisz, ze to drobnostka, ale ja uwazam, ze intensywnosc i jakosc obecnosci w internecie jest w jakims stopniu odzwierciedleniem wewnetrznego zycia danego kosciola. Oczywiscie, nie wyczerpuje go, ale z niego czerpie. Znak naszych wirtualnych czasow.
    Piszesz, ze KPK szuka swojego oblicza. Wierze Ci, ale ja nie widze nawet wysilku szukania. Widze stagnacje, nawet regres. Byc moze slabo znam pewne aspekty zycia polskokatolikow. Piszesz, ze sa parafie, ktore dobrze i aktywnie dzialaja. Czy mozesz podac mi jakies przyklady? Nie pytam dlatego, ze chce wykazac jakoby takie nie istnialy, ale po prostu mam nadzieje, ze moze masz wiedze do ktorej ja niestety nie dotarlem. Ale zeby nie byc posadzanym o bycie malkontentem dodam, ze dobre wrazenie zrobila na mnie katedra polskokatolicka we Wroclawiu. Kosciol jest naprawde zadbany i bardzo dobrze sie tam czulem.
    Pozdrawiam

    • Loukas says:

      O ile dobrze zrozumiałem, planujesz zamieszkać w Warszawie, a więc będziesz miał możliwość regularnego uczestnictwa w życiu tamtejszej wspólnoty anglikańskiej. Przynajmniej ja osobiście uważałbym to za warunek niezbędny, by to przejście czy wstąpienie się jakoś “urealniło” i zaczęło aktywnie wpływać na życie i doświadczenie religijne, a nie stanowiło jedynie formalności. Rozumiem dobrze potrzebę funkcjonowania w pewnym “klimacie duchowym”, który oczywiscie koncentruje się wokół Eucharystii – jak wszystko – ale ma też szersze odniesienie. Przy podejmowaniu moich własnych kościelnych wyborów kierowałem się ostatecznie bardziej tą potrzebą niż konkretnymi podobieństwami i różnicami w, powiedzmy, kwestiach doktryny i dyscypliny, mając poczucie, że wszelkie braki w tej materii “wypełniają” się właśnie w Eucharystii, w której uczestniczę zresztą nie tylko we własnej wspólnocie, a kwestię – formalnej – przynależności do tej czy innej wspólnoty nauczyłem się traktowac jako właściwie drugorzędną. Pradusz zaznaczył tu problem, jaki anglikanie odczuwaja, uznając te tereny za obszar kanoniczny wspólnoty, z którą są w komunii. Jednak oczywiście zdaję sobie sprawę, że przystąpienie do KPK czy KM może wydawać się bezsensownym, wziąwszy pod uwagę ewidentny marazm pierwszego i “specyficzny” klimat dewocyjny drugiego. Osobiście mam kontakt z krakowską filią mariawicką, której przewodzi ks. prof. Rudnicki, gdzie ten element “folklorystyczny” właściwie nie istnieje: nabożeństwa odprawiane są w luterańskim kościele św. Marcina, naturalnie pozbawionym kwietnych i błyszczących upiększeń, zaś liturgia sprawowana jest bardzo klasycznie, w skupieniu, nawet kontemplacyjnie. Wspólnota ta jest bardzo mała, wręcz mikroskopijna, przez co niemożliwe jest stworzenie chóru (mariawici miewają śpiewające ładnie), a sama msza jest mówiona, co jednak nie przydaje jej bynajmniej “niskokościelnego” charakteru. Być może najbardziej “mariawickie” w tym popularnym rozumieniu są tam niektóre pieśni – teksty nabożeństw i modlitw są u mariawitów często naprawdę dobrze ułożone, bynajmniej nie przesadnie egzaltowane, napisane piękną polszczyzną (to chyba najlepsze tłumaczenie rytu trydenckiego, z jakim się spotkałem). Słowem nie ma tam tej, proszę na wszelki wypadek o wybaczenie, “wiejskiej” atmosfery, jaka panuje zapewne, co nie dziwne, w wielu ośrodkach, często położonych w małych miejscowościach “wśród ludu” (mariawici zresztą, doprawdy, nie są w tym gorsi – czy lepsi – od rzymskich katolików). Być może w przyszłości nastąpi ten bez wątpienia potrzebny “ruch odnowy” mariawickiej, który się już gdzieniegdzie zaczyna, a za sferą refleksji pójdzie też praktyka, może częściej podobna do zwyczajow krakowskich. Oby.

  5. Pradusz says:

    Byloby co najmniej dziwna rzecza z jednej strony zamiescic takie ‘wyznanie milosne’ po adresem evensongu, a z drugiej nie zareagowac z pelnym zrozumieniem na to, co piszesz o ‘otoczce’. Aczkolwiek zycie liturgiczne holenderskich starokatolikow odznacza sie duzym bogactwem i elegancja formy, liturgicznie czuje sie najbardziej ‘u siebie’ wlasnie w anglikanskim ‘setting’ (zreszta nawet nie zawsze tym ‘najwyzej koscielnym’). Nabozenstwo rozancowe przezylem co prawda chyba tylko jedno w zyciu – przypadkiem w pewnej cerkwii grekokatolickiej na Slowacji i bylo to bardzo interesujace medytatywne przezycie (lubie takie spotkania Wschodu z Zachodem, dlatego w ogole cenie sobie grekokatolicyzm, ale to inna kwestia; poza tym obawiam sie, ze jak Loukas to przeczyta, to za kare odbierze mi dostep do panelu admina :-p;prawoslawni i grekokatolicy, jak ogolnie wiadomo, za soba nie przepadaja…). Ale juz samo porownanie go z evensongiem bylbym sklonny odbierac nieomalze w kategoriach profanacji.
    Z drugiej strony poznalem rowniez ‘anglikanizmu model ludowy’, np. na walijskiej wsi i moge powiedziec tyle: anglikanizm to nie tylko Oxford, Westminster, Canterbury czy National Cathedral w Waszyngtonie. To rowniez takie wiejsko-malomiasteczkowe parafie jak ta w Garrett County, na ktorej stronce http://www.episcopalchurchingarrettcounty.org/churchonthewebpage.htm bywam regularnie ze wzgledu na zamieszczane tam pliki dzwiekowe codziennych modlitw. Warto kliknac na link do nabozenstwa z ostatniej niedzieli (jesli dziala, bo czesto nie dziala, albo sie okazuje, ze ‘ostatnia niedziela’ przypadala pare tygodni temu). To tez anglikanizm, taki zupelnie ‘normalny’, codzienny, daleki od standartow katedry czy kaplicy uniwersyteckiej i rowniez bardziej zblizony do tego, co spotkasz na nabozenstwach w kaplicy ‘Caritasu’na Krakowskim Przedmiesciu, gdzie zbieraja sie warszawscy anglikanie.
    Wracajac do polskokatolikow, podzielam Twoje wrazenia z katedry pw. sw. Marii Magdaleny. Uwielbiam to miejsce – w moim odbiorze jeden z najladniejszych wroclawskich kosciolow. Lubie tam byc, chociaz – i to tez, niestety, o czyms swiadczy – najchetniej poza godzinami nabozenstw (chociaz sam tam kilka razy kazalem). Styl liturgiczny, a zwlaszcza muzyczno-wokalny zdecydowanie nie jest moj(raczej wrecz przeciwnie!), chociaz podziwiam pomyslowosc miejscowego proboszcza i jego gospodarskie podejscie… Piszac o preznych parafiach, mialem na mysli przede wszystkim Lublin i okolice, takze Studzianki Pancerne, gdzie proboszczem jest moj kolega z roku. Cenie sobie tez ks. Jerzego Bajorka, ktory gdzies tam w okolicy ma swoja parafie (niestety, zawsze zapominam nazwy). Co mnie tam uderza, to np. zaangazowanie spoleczne na niwie lokalnej: bardzo konkretne i obejmujace nie tylko parafian. Powstaja przedszkola, swietlice, organizowane sa pobyty wakacyjne.
    Jeszcze moze taka – znow moze z lekka mentorska – uwaga odnosnie tej ‘inteligenckosci’. Dla mnie w kosciele wazne jest przenikanie sie roznych nurtow, roznych srodowisk. Kosciol nie ma prawa przybierac charakteru elitarnego klubu. Jedna z tych rzeczy, ktore dla mnie sa szalenie cenne w zyciu koscielnym, jest wlasnie mozliwosc spotkania z ludzmi, z ktorymi w innych warunkach pewnie nigdy bym sie nie spotkal – bycia z nimi, pracy z nimi. Niech mnie dobry Pan Bog broni przed ‘inteligencka’ wspolnota parafialna, bo zaiste bede kopal i gryzl…
    Z podrowieniami,
    Pradusz

  6. Seamus says:

    @Loukas:
    Dzięki za kilka słów nt. działalności ks. prof. Rudnickiego w Krakowie. Wiele o nim czytałem i zawsze byłem pełen podziwu dla jego niezłomności na obranej drodze duchowej, a z drugiej strony dla jego niebywałej otwartości. Myślisz, że byłaby możliwość uczestniczenia w sprawowanej przez niego mszy? Do Krakowa mam dość blisko.
    Mam też wątpliwości czy jako “człowiek znikąd” będę w ogóle potrafił uczestniczyć w mariawickiej liturgii. A jako że wspólnota, jak mówisz, mikroskopijna, więc w tłum się nie wtopię:) Nie chciałbym wyglądać “dziwnie”. Może i to głupie wątpliwości, ale nachodzą kogoś kto nigdy nie był w mariawickim kościele, nie mówiąc o uczestnictwie we mszy.
    @Pradusz
    Podzielam Twój sceptycyzm wobec “kościoła inteligentów”. Miałem jedynie na myśli zrównoważenie nurtu ludowego przez ten inteligencki (nie bójmy się tego słowa, choć takie dziś niemodne).
    W tym miejscu pozwolę sobie na prywatę i zadam Wam pytanie dotyczące Waszych wyborów w wierze. Dlaczego wybraliście starokatolicyzm? (jak rozumiem obaj uczestniczycie w życiu wspólnot starokatolickich). A może to starokatolicyzm wybrał Was w jakimś sensie? Pytam nie tyle z ciekawości, co z fascynacji wyborem tej drogi duchowej, która w warunkach polskich (a z języka w jakim piszemy wnoszę, że znacie te warunki) jest, mówiąc eufemistycznie, mało popularna. Jeśli pytanie jest zbyt osobiste na internetowe okoliczności, to spokojnie przyjmę reprymendę i zrozumiem zignorowanie mojego pytania:) Jako że wierzę jednak w dyskusję powiązaną z osobistym doświadczeniem, rad bym poznać (na tyle na ile mogę w ten sposób) Wasze motywacje.

    • Pradusz says:

      Chyba nalezy zaczac od sprostowania: Loukas nalezy do Kosciola prawoslawnego (i to, z tego co wiem, w pewnym sensie ‘z dziada pradziada’, chociaz tradycja rodzinna zostala w pewnym momencie przerwana), a w zyciu liturgicznym krakowskich mariawitow uczestniczy goscinnie, rownolegle z Liturgia prawoslawna. Ale to juz niech raczej on sam opowie…
      Ja dodam tylko, ze krakowscy mariawici odprawiaja msze sw. w kazda niedziele o godz. 13, prawie zawsze w luteranskim kosciele sw. Marcina przy ul Grodzkiej, ‘rzut kamieniem’ od Wawelu. Ze wzgledu na wiek i stan zdrowia, ks. Rudnicki nie zawsze przewodniczy celebrze, ale zazwyczaj jednak tak.

      Pytasz o wybor starokatolicyzmu. Oczywiscie, ze w jakis sposob to jest osobiste pytanie, ale przeciez nie az tak bardzo osobiste, by na nie nie odpowiedziec. Zreszta jestem na tyle prozny, by zrobic to nawet ze spora przyjemnoscia ;-). Wychowalem sie raczej na obrzezach wszelkiej ‘koscielnosci’, w bardzo ‘mieszanym’ srodowisku. ‘Po kadzieli’ mam korzenie protestanckie. Moi przodkowie przybyli do Prus jako mennonici, z Fryzji Wsch. Tam ‘wymieszali sie’ z miejscowymi ewangelikami. ‘Po mieczu’ wywodzimy sie z Plockiego, stad rodzinne ‘connections’ z mariawitami, chociaz musze przyznac, ze, gdy moja babcia, na poczatku lat 80-ych, na nowo odkrywala swoja wiez z KSM, a ja jej czasami (raczej z obowiazku niz z potrzeby ducha) towarzyszylem, odczuwalem przede wszystkim obcosc w stosunku do tego co mialem okazje obserwowac na mariawickiej Liturgii. Generalnie moje zycie religijno-koscielne skladalo sie wowczas z 2-3 razy do roku uczestnictwa w nabozenstwach w lodzkiej parafii luteranskiej – z jednymi dziadkami, i z – niewiele czestszych – wizyt u mariawitow z druga babcia. Poza tym na horyzoncie zawsze tez jakos obecna byla tradycja wschodnia. Mieszkalismy w poblizu obydwu lodzkich cerkwii prawoslawnych, w czasie wakacji mialem okazje poznac z bliska grekokatolicyzm (pierwsza Swieta Liturgia w rycie wschodnim, ktora mialem okazje przezyc w calosci, miala miejsce w grekokatolickiej cerkiewce na Slowacji i byla przezyciem, ktore okreslilbym – moze troche gornolotnie – jako ‘poczatek religijnego przelomu’ we mnie; ciekawe, ze obecny ABC, Rowan Williams, przezyl cos podobnego, jako 14-latek, na Liturgii prawoslawnej). Okres nastoletni byl dla mnie okresem poszukiwan, ktore zaprowadzily mnie do Kosciola Ewangelicko-Reformowanego. Oczywiscie, trudno bylo w nim jakos ‘zaparkowac’ moje rosnace inklinacje ‘wysokoliturgiczne’, ale spotkalem tam bardzo ciekawych ludzi, zafascynowalem sie tradycja Reformacji, ale takze – de facto przedreformacyjna – duchowoscia czeskobraterska, ktora w pewien sposob rezonowala z tym, co wynioslem z domu (czesc rodziny mojej mamy byla wczesniej zwiazana ze wspolnota braci morawskich).
      Potem zaczalem studiowac teologie, oficjalnie w sekcji ewangelickiej ChAT, ale bylem tez wolnym sluchaczem u starokatolikow i prawoslawnych. Pamietam, ze juz na pierwszym roku kupilem sobie ‘Sakramentologie starokatolicka’ ks. Edwarda Balakiera i po przeczytaniu natychmiast umowilem sie z autorem na rozmowe. W czasie pierwszych praktyk wakacyjnych zwierzylem sie proboszczowi warszawskiej parafii reformowanej, ze ‘wlasciwie to najbardziej przemawia do mnie starokatolicyzm’. Nawet sie specjalnie nie zdziwil… Ale starokatolicyzm z ksiazek to jedno, a polska rzeczywistosc to cos troche innego… Ta mnie niespecjalnie pociagala, szczerze mowiac. Zreszta rownoczesnie zglebialem ewangelicyzm reformowany, bylo to dla mnie wazne i szczerze szukalem swego miejsca w tej tradycji. Kolejnym istotnym momentem bylo odkrycie w Bibliotece Synodu KE-R polskiego przekladu anglikanskiego ‘Modlitewnika Powszechnego’. Pochodzil on z czasow, gdy przed wojna istniala anglikanska misja wsrod Zydow, ktora scisle wspolpracowala z reformowanymi (jak wiekszosc towarzystw misyjnych nalezala ona do nurtu ‘Low Church’, stad to poczucie wiezi). To bylo odkrycie, ale takie, z ktorym w danym momencie niewiele wiecej moglem zrobic (poza uczynieniem zen mego osobistego modlitewnika; i tak jest po dzis dzien – teraz juz po angielsku), bo… nie znalem angielskiego. Moim drugim jezykiem byl niemiecki, a wywodze sie jeszcze z pokolenia, w ktorym znajomosc jednego zachodniego jezyka byla juz sporym ewenementem; o dwoch na raz malo kto myslal…
      W 1995 r. wyjechalem na dalsze studia do Holandii, na dobrym (w kazdym razie slynnym) ‘kalwinistycznym’ uniwersytecie. Ale, co moze sie wydawac dziwne, w sensie koscielnym nie przylaczylem sie do zadnej z parafii reformowanych lecz do miejscowych luteranow. Mialem tez sporo kontaktow z holenderskimi katolikami, zwlaszcza z nurtu, ktory niektorzy nazywaja ‘liberalnym’. Poznalem m.in. osobiscie Edwarda Schillebeeckxa. Przez pewien czas przechowywalem sie w Kosciele Remonstrantow, wspolnocie wyroslej w XVII stuleciu z protestu przeciwko doktrynie predestynacji i grupujacej co bardziej ‘wolnomyslicielskich’ ewangelikow. Co ciekawe, zwlaszcza w w poczatkach jej istnienia, wiele laczylo ja z anglikanami… Gdy jednak w 1998 r. znalazlem sie w Lejdzie, by ukonczyc studia w remonstranckim seminarium, a potem objac w nim asystenture, po raz pierwszy poszedlem na msze w miejscowym kosciele starokatolickim i odkrylem w nim atmosfere, ktora bardzo przypominala mi te, ktora znalem od luteranow. To pomoglo przelamac pierwsze lody i tak sobie przynajmniej raz w miesiacu tam chadzalem. Minelo znowu kilka lat, nauczylem sie wreszcie jako tako angielskiego, z pracy akademickiej przeszedlem do duszpasterstwa – w ekumenicznej ‘wspolnocie bazowej’, co mi bardzo odpowiada. I wtedy zdecydowalem sie wreszcie zrealizowac swoj ‘Anglican dream’. Konfrontacja marzen z rzeczywistoscia nie tylko nie przyniosla rozczarowania, ale nawet wzmocnila przekonanie, ze jakims dziwnym trafem posiadam ‘Anglican over-soul’… Jednakze moje losy potoczyly sie dalej tak, ze – przynajmniej na razie – nie planuje wyjazdu z Holandii – kraju, ktory bardzo mi przypadl do serca. Coz wiec powinien uczynic ‘katolicko myslacy (i czujacy)’ (bo za takiego sie uwazam) anglikanin, ktory zyje w kraju, gdzie od wiekow istnieje lokalny Kosciol katolicki? Oczywiscie, mamy tu kilka anglikanskich kongregacji (zreszta zazwyczaj scisle wspolpracujacych ze starokatolikami) i dla osob anglojezycznych, ktore z jakichs powodow nigdy sie nie zasymilowaly, jest to idealna opcja, ale w mysl starokoscielnej zasady ‘Kosciola lokalnego’ to wlasnie z tym Kosciolem katolickim powinno sie szukac kontaktu. Ja ten kontakt – tak czy tak – juz mialem, od lat. Znalem te wspolnote, jej dluga specyficzna tradycje, polubilem ja. Stad decyzja o przejsciu pod jurysdykcje starokatolickiego biskupa Haarlemu. Mimo to (a moze w pewnym sensie wlasnie dlatego!) uwazam sie za ‘ekumenicznego katolika’, o protestanckich korzeniach i ‘anglikanskich predylekcjach’, ktory nadal chetnie uczestniczy w Liturgii w rycie wschodnim i rozczytuje sie w Ojcach Kosciola i prawoslawnych teologach (co mnie w pewnym momencie polaczylo z Loukasem) i pozwala sobie uwazac zarowno starokatolicyzm jak i anglikanizm za lokalna zachodnia postac prawoslawia, pomimo ze hierarchowie prawoslawni maja w tej kwestii inny poglad.
      (Staro-)katolicyzm to dla mnie przede wszystkim – przezywane na roznych poziomach – poczucie pewnego ‘dlugiego trwania’ – wiezi z Kosciolem chrzescijanskim minionych epok, a zwlaszcza z okresem sprzed wielkich rozlamow. Zarazem wiezi z innymi Kosciolami lokalnymi, ktora chroni przed popadaniem w nadmierny partykularyzm, szczegolnie grozacy w moim odczuciu protestantom, ktorzy maja jednak pewna tendencje do zamykania sie we wlasnej wspolnocie lokalnej i traktowania wiezi z innymi wspolnotami jako czegos drugorzednego. Ta wiez nie jest wiezia niewolnicza, pozbawiona krytycznej refleksji, prowadzaca wprost do jakiejs ‘koscielnosci muzealnej’ ani do bezmyslnego kopiowania wzorcow, ktore obowiazuja w jednej wspolnocie lokalnej, przez inne wspolnoty, jest jednak wiezia realna, realizujaca sie przede wszystkim w Eucharystii. W Eucharystii, przez Eucharystie, wokol Eucharystii dzieje sie, formuje Kosciol lokalny, a jednoczesnie przezywa on tez komunie z innymi Kosciolami lokalnymi (tudziez bolesna swiadomosc, ze wiez z niektorymi z nich zostala przerwana).
      Zdaje sobie sprawe, ze, gdyby moje losy potoczyly sie inaczej, i znalazlbym sie np. w Skandynawii, najprawdopodobniej nigdy nie odczulbym potrzeby rozstania sie z tradycja protestancka, i bez wiekszego problemu odnalazl swoje miejsce w tamtejszym wysokokoscielnym luteranizmie. W Holandii, gdzie wlasnie doszlo zreszta to polaczenia Kosciola luteranskiego z dwoma – o wiele wiekszymi – Kosciolami tradycji reformowanej i gdzie luteranizm rozwinal co prawda bogatsze od reformowanego zycie liturgiczne, ale – pod wplywem kalwinizmu – przyjal raczej niskokoscielny model eklezjalny, sytuacja przedstawia sie jednak nieco inaczej. Eucharystia sprawowana raz w miesiacu to dla mnie jednak mimo wszystko zbyt ostra duchowa dieta…

  7. Loukas says:

    Tak jak wspomniał już Pradusz, ja nie należę – formalnie – do żadnego Kościoła starokatolickiego, a do CP. Podkreślam to “formalnie”, ponieważ starokatolicyzm postrzegam jako swoiste “zachodnie prawosławie”, czyli po prostu wyznanie, które odwołuje się do tych samych korzeni, uznaje de facto tę samą doktrynę – dogmaty i eklezjologię – zaś w sprawach dyscypliny, można powiedzieć: obyczajowych, jest mi (często, choć oczywiście nie zawsze – nie w Polsce) dużo bliższe. Uczestniczę w Liturgii starokatolickiej – Kościołów UU czy KSM, przystępuję tam do Eucharystii i potrafię czuć się “u siebie”. Pewną, powiedzmy, barierą jest ryt zachodni, który nigdy nie jest po prostu “moim środowiskiem” i zwłaszcza w swoim zreformowanym wydaniu (które znam z Polski, gdzie przybrało specyficzną formę, do tego bardzo “prowincjonalną” – tak u rzymsko- jak i polskokatolików) nie przemawia do mnie czy nie wywołuje we mnie tego, co Liturgia wschodnia. Również teologicznie bliższa jest mi tradycja prawosławna, co ujawnia się może szczególnie w wypadku zagadnień takich jak właśnie adoracja i jej podbudowa doktrynalna, ale wiele z tego charakteru znajduje się także w Kościołach starokatolickich, które swoje praktyki (znowu musimy wyłączyć Polskę, gdzie przecież wiszą po kościołach podobizny papieża…) znacznie “przefiltrowały” z rzymskich naleciałości: widać to znowu w wypadku Corpus Christi. Gdybym więc wyjechał z Polski, gdzie nie istnieje właściwie żadna możliwość znalezienia Kościoła łączącego w sobie moje fascynacje liturgiczne, podejście teologiczne oraz obyczajowe i znalazł się w kraju, w którym funkcjonuje Kościół Starokatolicki czy anglikanizm (ten ostatni ma naturalnie swoją piękną specyfikę, ale gdy mówię o starokatolicyzmie w tym kontekście, mam na myśli również WA), mógłbym bez oporów sumienia czy poczucia “zerwania” przejść pod jurysdykcję SK biskupa. Co więcej, byłoby to nawet konsekwentne: będąc szczerze przekonanym o “bratnim” charakterze starokatolicyzmu wobec prawosławia, a nawet o ich (nieuświadomionej czy niechcianej – z różnych powodów, ale przede wszystkim, niestety, z małostkowości prawosławnych) jedności, powinienem przyjąć jurysdykcję zachodniego biskupa, ponieważ to jego kanoniczny teren (zwłaszcza, na przykład, w Holandii). Anglikanizm odgrywa tu specyficzną rolę jako Kościół właściwie “niekontynentalny”, a więc wszędzie niejako goszczący – dlatego mogłem uczestniczyć w a. nabożeństwie dopiero za granicą i jest mało prawdopodobne, że wybrałbym ten Kościół w innym wypadku niż migracja na Wyspy czy do USA. Tam jednak nie miałbym z tym najmniejszego kłopotu i traktowałbym to podobnie jak w wypadku “kontynentalnego” starokatlicyzmu. Może nawet ucieszyłbym się odrobinę bardziej, ponieważ anglikanizm (przynajmniej ten wysokokościelny) ma taką tradycję liturgiczną, którą najłatwiej mi “poczuć” i która jest po prostu piękna. Nie bez powodu powyższy tekst, choć nie mojego autorstwa, wspomina porównanie evensongu z akatystem. Poza tym anglikanizm zajmuje mnie przede wszystkim teologicznie, bo znajduje się w nim obecnie wielu wspaniałych ludzi o poglądach i wrażliwości, które są mi bliskie. Prawosławie jest fascynującą, różnorodną, niewyobrażalnie bogatą tradycją, w której poruszano niejeden temat i która – niestety, brzmi to bardzo niewiarygodnie – ciągle oferuje otwartość i dużo swobody, przestrzeni. Niestety jest to potencjał nieuświadomiony, uśpiony, czasem tylko rozbudzany przez tego czy innego wybitnego – w Polsce ostatnich dekad takiego jak Klinger czy Nowosielski. Ludziom tym brakuje odwagi, wykształcenia, w pozytywnym sensie “dialogu ze światem” (co ma też swoje uroki), a w Polsce do tego często nawet chęci czy potrzeby wygłoszenia kazania po polsku. I od kazań właśnie zaczyna się miejsce anglikanizmu w moim życiu, które dalej zapełniają rożne refleksje, często o typowo anglikańskim “łączącym” charakterze, specyficzne podejście do świata i wyzwań w świecie (niestety od czasu antycznego Chryzostoma i wyklętego Tołstoja nie myśli się w prawosławiu szczególnie ciepło o “społecznych” ideałach, których czasem brakuje mi obok metafizyki).
    Mariawityzm natomiast znam prawie wyłącznie z nabożeństw sprawowanych przez ks. prof. Rudnickiego, do którego “malutkiej” parafii już dość długo chodzę. Znajduję tam najbardziej odpowiadającą mi formę zachodniego rytu, jaką miałem okazję spotkać w Polsce – jego charakter pokrótce już opisałem. Z zainteresowaniem i pewną ulgą (zwłaszcza jeśli wracam właśnie z cerkwi) słucham zawsze kazań ks. Rudnickiego, które wyróżniają się niezwykle pozytywnie na tle tego, co oferuje polska homiletyka w ogóle. A do tego można skorzystać z dobrodziejstwa zachodniej tradycji: ławek :) To człowiek o szerokich horyzontach, najdalszy od wszelkiego doktrynerstwa, umiejący dobrze rozłożyć akcenty, dający zwykle świeże spojrzenie na daną kwestię. Dodatkowo osobiście niezwykle miły, gościnny, pokorny. Chyba już to wspomniano, ale na wszelki przypadek przypomnę: nabożeństwa mariawickie odbywają się w niedziele o 13 w kościele św. Marcina na Grodzkiej. Atmosfera jest faktycznie bardzo “rodzinna”, czasem nawet dosłownie, gdy zbierają się wyłącznie ludzie bądź zaangażowani w celebrację, bądź związani z celebrującymi 😉 Przyjście tam i uczestniczenie w liturgii nie powinno być jednak problemem, zarówno jeśli ktoś chce nawiązać jakiś kontakt i porozmawiać (ks. Rudnicki chętnie zaprasza do siebie do domu), jak i pozostać anonimowym (przez kościół zawsze przewijają się jacyś turyści). Gospodarze wykazują się zresztą odrobinę niezrozumiałą dla mnie wytrwałością w rozkładaniu tekstów pieśni na kilkunastu ławkach. W każdym razie ja nie miałem żadnego problemu by tam przyjść czy nawet przychodzić regularnie i nie odczuwałem przy tym najmniejszego dyskomfortu. Czasem tylko, o czym napisał Pradusz, nabożeństwa prowadzi inny kapłan, zwykle asystujący: tak jest, gdy ks. Rudnicki – człowiek już podeszły wiekiem i niestety chory na serce – źle się czuje. Wiem też, że czasem organizuje on nabożeństwa w “kaplicy domowej” (raz miałem okazje uczestniczyć w takim, gdy kościół był w tę niedzielę zajęty – bardzo ciekawa atmosfera). Można nawiązać z nim kontakt mailowy przez stronę wydawanej przez niego Pracy nad Sobą.

  8. Seamus says:

    Zachęcony (mimo wszystko) przez Pradusza, postanowiłem wykonać jakiś, póki co maluteńki, krok w kierunku anglikanizmu. Na początek wysłałem maila do warszawskiej wspólnoty z pytaniem, czy istnieje jakiekolwiek (choćby na użytek wewnętrzny) tłumaczenie polskie BCP. Gdzieś obiło mi się o uszy, że była kiedyś próba tłumaczenia na polski, chyba za czasów poprzedniego kapelana. Posiadam co prawda w domu angielską wersję, ale fajnie by było przeczytać choćby kawałek w rodzimym języku. Niestety, minął tydzień, a odpowiedzi brak…
    W związku z tym chciałem Was (wszystkich, którzy mogą coś wiedzieć) zapytać, czy tłumacznie BCP (choćby we fragmentach) rzeczywiście istnieje i czy ewentualnie ktoś z Was nie dysponuje przypadkiem tekstem?

  9. Pradusz says:

    Nieladnie, na maile trzeba jednak odpowiadac. Moze Wielebny Campbell, ktory na co dzien jest bizensmenem-wydawca (bodaj w Poznaniu) rzadko kontroluje parafialna poczte…

    Co do BCP – tak, polski przeklad istnieje. O probie tlumaczenia ‘za poprzedniego kapelana’ co prawda nic nie wiem, ale wiem, ze angielska wersja z 1928 r. zostala w calosci (z pewnymi przystosowaniami) przetlumaczona zarowno na jezyk polski jak i na jiddisz, jeszcze przed wojna, na potrzeby tzw. ‘Misji Barbikanskiej’, prowadzonej wsrod polskich Zydow (jej centrum byl Bialystok). Przynajmniej jeden egzemplarz przekladu polskiego byl (i najprawdopodobniej jest nadal) w posiadaniu Biblioteki Synodu Kosciola Ewangelicko-Reformowanego w RP, mieszczacej sie przy al. Solidarnosci 76a w Warszawie (http://biblsyn.webpark.pl/). Bibliotekarz, Krzysztof Bandola-Skierski na pewno, jesli tylko bedzie to mozliwe, udzieli Ci wszelkiej pomocy. Wydaje mi sie jednak, ze ostatecznie wiazaloby sie to z koniecznoscia wyjazdu do Warszawy, chociaz nie mozna oczywiscie wykluczyc, ze pozycja zostala w miedzyczasie zdygitalizowana.

    • Seamus says:

      Dzięki, teraz wiem, że istnieje przekład i postaram się w czasie kolejnego pobytu w Warszawie zaglądnąć do wskazanej przez Ciebie biblioteki. Też uważam, że Wielebny Campbell powinien sprawdzać pocztę. Może mu przejść koło nosa potencjalny anglikanin:) Ale z drugiej strony, po Twoich uwagach nt. wspólnoty warszawskiej wiem, że (ujmując rzecz delikatnie) duch misyjny nie jest jej silną stroną:)
      Chciałbym Ci ponownie podziękować za linki dot. Wielebnego Neala. To wspaniałe, co robi. Wzbogaca swoją konfesję o najbardziej wartościowe pierwiastki starego Kościoła, nie tracąc przy tym nic ze swojej metodystycznej tożsamości. Powtórzę: co za szkoda, że u nas ten metodyzm jest taki…no właśnie jaki?…jednowymiarowy? Odarty ze swojego anglikańskiego dziedzictwa? “Przesadnie protestancki”? Tak go widzę.
      Kiedy czytam jego rozważania i dowiaduję się w jaki sposób realizuje swoją posługę duchownego, to wydaje mi się, że w takim “anglikańskim” metodyzmie bardzo łatwo mógłbym się odnaleźć. Poza wszystkim uwielbiam teologię Wesleya i jego poglądy na ekumenizm. Swojego czasu wywróciły do góry nogami moje spojrzenie na dialog międzykonfesyjny – oczywiście w pozytywnym sensie. Zastanawiam się na ile można być w Polsce takim “wysokim” metodystą w praktyce. Czy to jest w ogóle możliwe? Nie mówię tu nawet o duchownych, mam na myśli tzw. przeciętnego wiernego. Z tego co wnioskuję z jednego z Twoich poprzednich postów, to właśnie “niskokościelność” zniechęciła Cię w jakimś sensie do metodyzmu, a więc taka “interpretacja” nie ma w Polsce szans…
      Jednocześnie zaczynam coraz jaśniej widzieć w jakim sensie moje pojmowanie chrześcijaństwa jest “katolickie”. Jest katolickie w tym rozumieniu o jakim mówi Wielebny Neal, katolickie w duchu, który widzę w anglikanizmie czy “wysokim” metodyzmie. Jest zachodnie po prostu. Dlatego też, w pewnym momencie mojego życia nie odnalazłem się w prawosławiu. Czułem się “człowiekiem zachodu” – choć nie umiałem i nie umiem opisać co to właściwie znaczy.
      Widzę też coraz lepiej, że ta moja “katolickość” jednak inna niż ta, którą czuję u polskokatolików, czy mariawitów. Oni oczywiście także są katoliccy, ale to nie mój duch. Cenię bardzo obydwie te wspólnoty, nawet w jakiś sposó “lubię” – jeśli można tak powiedzieć o wyznaniu. Jednak za dużo tu dla mnie ducha katolicyzmu rzymskiego. Ja tęsknię do evensongu:)

  10. Pradusz says:

    Jak juz pisalem te ´tesknote za evensongiem´ jest mi szczegolnie latwo zrozumiec. Z drugiej strony: mimo, ze w swej ostatecznej formie tak bardzo anglikanska, to jest rzeczywiscie ‘modlitwa niepodzielonego Kosciola’, stworzona na bazie nieszporow z elementami komplety, a to z kolei oznacza, ze forme pokrewna mozesz sie spotkac w liturgii godzin jaka jest sprawowana w kazdym klasztorze, ale rowniez w wielu parafiach. Moze wiec mozna te tesknote, przynajmniej w pewnym stopniu, zaspokoic? Wszak w Polsce nie brakuje miejsc, gdzie mozna sie przylaczyc do liturgii godzin.

    Niestety, moje doswiadczenia z polskim metodyzmem datuja sie z dawnych czasow – lata 80-te. Gdy potem studiowalem, traf chcial, ze nie spotkalem zbyt wielu metodystow. Czasem bywalem w ich warszawskim osrodku na Mokotowskiej, ale zazwyczaj tylko w ksiegarni (mieli kilka ciekawych wydawnictw ksiazkowych). A ostatnim polskim metodysta, z ktorym mialem przyjemnosc sie spotkac, byl wlasnie ks. Ostrowski, o ktorym wspominalem. W porownaniu np. z, dobrze mi znanym, ewangelicyzmem reformowanym, musze powiedziec, ze nawet ten – stosunkowo ‘niskokoscielny’ – polski metodyzm zachowal cos z anglikanskiej atmosfery. Wplywy tradycji anglikanskiej widac w liturgii (zwlaszcza eucharystycznej), w spiewach koscielnych, w strojach duchownych. Podstawa nauczania jest de facto ta sama, zwlaszcza ze ‘Artykuly’ opisujace nauke Kosciola metodystow, to po prostu skrocona wersja reformacyjnych ’39 Artykulow Kosciola Anglii’. Wrazenie ciaglego istnienia ‘rysu anglikanskiego’ w polskim metodyzmie nie jest zreszta tylko moje. Swego czasu czytalem ksiazke zawierajaca wypowiedzi znanych i mniej znanych anglikanow na temat anglikanskiej tozsamosci i jeden z nich opisywal jak, przebywajac w Polsce, wybral sie na nabozenstwo do zboru metodystow i dalo mu to poczucie ‘powrotu do domu’. Tak wiec rowniez bardziej ‘genuine’ anglikanin niz ja odbiera to podobnie. Niemniej wydaje mi sie, ze trudno Ci bedzie znalezc wspolnote metodystyczna przypominajaca te, ktorej sluzy ks. Greg (on zreszta tez musial sporo nad swoimi zborami ‘pracowac’ :-)). Oczywiscie, nikt Ci nie bedzie bronil odbierac liturgii w taki a nie inny sposob, ale sadze, ze grozi Ci poczucie pewnego osamotnienia w tym odbiorze. Metodyzm – jako ruch misyjny – jest w ogole stosunkowo ‘plastyczny’ pod wzgledem formy (co widac np. na Mazurach, gdzie parafie przejely w duzym stopniu formy luteranskie). W Polsce, w wyniku pewnych zaszlosci historycznych, przybral on taka wlasnie a nie inna ‘niskokoscielna’ forme protestancka, poniewaz – poza Slaskiem Cieszynskim, gdzie luteranizm zachowal wiele przedreformacyjnych form – w zasadzie nie bylo tu innego protestantyzmu niz taki wlasnie ‘niskokoscielny’ i ‘niskoliturgiczny’ (chociaz z drugiej strony, pod wplywem luteranizmu, tradycji braci czeskich i, ‘last but not least’ rowniez anglikanizmu, polski ewangelicyzm reformowany z kolei jest – jak na warunki tego wyznania przynajmniej – bynajmniej nie taki bardzo ‘niskoliturgiczny’; zwlaszcza nabozenstwa w zborze warszawskim zawieraly w swoim czasie sporo elementow ‘wysokoliturgicznych’). Wysokoliturgiczny protestantyzm – w wersji luteranskiej – dopiero sie organizuje (w ktoryms z poprzednich postow podalem Ci linka do strony tej wspolnoty: http://stowarzyszeniestaroluteranskie.pl.tl/ – ze stronki wynika, ze wyprobowuja tam bardzo ciekawe rzeczy, korzystajac przy tym z lokalnej tradycji, a nie kopiujac jedynie wzorcow zaczerpnietych z nurtu wysokokoscielnego w innych Kosciolach luteranskich). Moze zreszta wyplywa to z ogolnej liturgicznej mizerii, ktorej sporo jest w Polsce (chociaz nie brak tez chlubnych wyjatkow, zwlaszcza w KRK).
    Mysle, ze Kosciolowi, ktory powstaje z polskiego ducha trudno jest naprawde ‘wybic sie na niezaleznosc’. W wypadku jednej wspolnoty przejawia sie to w kopiowaniu (czesto dosc bezrefleksyjnym) rzymskokatolickich wzorcow, w wypadku innej w (bywa, ze rownie bezrefleksyjnym) ‘odcinaniu sie’ od rzymskich wzorcow; zdarzaja sie zreszta tez – iscie ‘wybuchowe’ – mieszanki obydwu tych postaw. W jakims stopniu widac to rowniez na nabozenstwach anglikanskich w Warszawie. Sadze, ze komus z zewnatrz trudno bylo by sie zorientowac, ze nie trafil na rzymskokatolicka msze w jezyku angielskim, zwlaszcza, ze kaplica jest na co dzien uzywana przez KRK i tuz przed rozpoczeciem anglikanskiej ‘Eucharist’ odbywa sie tam rzymskokatolicka msza. Gdyby anglikanizm w Polsce zaczal sie rozwijac, co jest rzecza problematyczna ze wzgledu na zobowiazania ekumeniczne, o ktorych wspominal Loukas (obecnosc tutaj miejscowego Kosciola w pelnej komunii z Kosciolami anglikanskimi) oraz na szacunek dla ‘historycznego wyboru narodu polskiego’, do ktorego odwoluje sie Wielebny Campbell na stronce warszawskiej kongregacji, predzej czy pozniej musialby sie zmierzyc z tymi zjawiskami. Historia Kosciolow tradycji anglikanskiej poza krajami znajdujacymi sie pod bezposrednim wplywem tradycji i kultury anglosaskiej pokazuje, ze z czasem odchodza one od kopiowania wzorcow angielskich i tworza wlasna specyfike. Zreszta, coz w tym dziwnego: coraz wiecej biskupow przyjezdza do Lambeth z tlumaczem, by moc uczestniczyc w rozmowach… Mogloby sie wiec okazac po jakims czasie, ze nasz umilowany evensong bardzo mocno zmienilby charakter w polskich warunkach i moze wrecz przestalby byc na pierwszy rzut oka rozpoznawalny jako taki. Pytanie o wzajemny stosunek ‘angielskosci’ (czy ‘anglosaskosci’) i anglikanizmu to pytanie otwarte. Konsekracja bp Glasspool (podobnie jak wczesniejsze tego typu uroczystosci) pokazuja jak wiele roznych odpowiedzi na nie jest mozliwych. ECUSA powoli ale raczej nieodwracalnie staje sie co najmniej dwujezyczna (angielski i hiszpanski), a przeciez nie chodzi przy tym wylacznie o jezyk. Rowniez wsrod europejskich anglikanow tocza sie dyskusje o to jaka droga pojsc – czy byc angielska enklawa czy jednak czyms innym…

    My jednak mamy zamiar dalej promowac idee ks. Grega w jezyku polskim, takze w nadziei, ze dotra one w jakis sposob do jakiegos polskiego metodysty i otworza mu oczy na ten katolicki wymiar metodyzmu. Zreszta, Wielebny Neil odwdzieczyl nam sie swego czasu linkiem do naszego bloga na stronie ´Grace Incarnate´. Nie zawsze stoimy na tych samych pozycjach teologicznych, ale mysle ze istnieje miedzy nami mocna wiez. Ze swej strony chce w kazdym razie powiedziec, ze ´Grace Incarnate´ odwiedzam regularnie od lat i, chociaz styl kaznodziejstwa ks. Grega mnie czasem odrobine irytuje (jest – jak na moj gust – nieco zbyt emocjonalny) jest ona dla mnie nieodmiennie waznym zrodlem inspiracji.

    Reagujac na inny watek z Twojego komentarza, musze powiedziec, ze trudno jest mi zgodzic sie z tym jak zestawiasz katolicyzm z ‘zachodnioscia’. Katolicyzm, jesli ma byc katolicyzmem, nie moze byc ‘zachodni’ ani ‘wschodni’ – musi w jakis sposob wyrastac ponad te dystynkcje, transcendowac ja. Popularna wsrod anglokatolikow ‘Branch Theory’, ktora, nie ukrywam, jest mi bardzo bliska, glosi, ze na ‘jeden, swiety, powszechny i apostolski Kosciol’ skladaja sie trzy glowne galezie: anglikanska, rzymskokatolicka i prawoslawna (gdy ta koncepcja powstawala, starokatolicy i ‘wysokoscielni’ protestanci nie byli jeszcze tak wyraznie ‘in the picture’; podobnie Koscioly orientalne, z ktorych jeden ‘Mar Thoma’ jest obecnie zwiazany ze Wspolnota Anglikanska).

    I na koniec jeszcze jedna refleksja. Nie chcialbym, abys sie poczul w skrytykowany, ale, nawet rozumiejac Twoja tesknote, mysle jednak, ze tesknota to za malo, by budowac na niej przynaleznosc koscielna. Ja bym sie w kazdym razie obawial, ze bedzie ona miala w sobie cos – tym razem w nie najlepszym tego slowa znaczeniu – teatralnego, w jakims sensie nieautentycznego, bo nie zakorzenionego w lokalnej glebie. Ale, byc moze, w czasach ‘globalnej wioski’ te sprawy wygladaja troche inaczej. Wszak i my w jakis sposob propagujemy anglikanizm tutaj – na kontynencie i w jezyku polskim…

  11. Seamus says:

    Gdybyż chodziło jedynie o sentyment do evensongu…Wszystko byłoby znacznie prostsze. Niestety to kwestia podstawowych przekonań teologicznych i tego w jaki sposób widzę Kościół i jak interpretuję chrześcijaństwo. Ale ostrzeżenie doceniam i dziękuję za nie. Sam strasznie boję się takiej “teatralności” i staram się krytycznie badać swoje wnętrze, żeby go uniknąć (i prosić “górę”, żebym się nie wpakował w marny teatr). Ale moja sytuacja, jak widać, jest dość nieciekawa: anglikanizm jest mi najbliższy doktrynalnie, a także pod względem koncepcji Kościoła i duchowości. Mieszkam jednak w kraju, w którym anglikanizm “nie ma szans” ze względu na wspomniane już uwarunkowania międzykonfesyjne. Gdyby starokatolicyzm w Polsce nie był pogrążony w takim marazmie i nie starał się (nieudolnie) kopiować KRK, zapewne stanowiłby dla mnie na pewno zachęcającą perspektywę. Czasami ogarnia mnie wręcz swego rodzaju złość, że Kościół Polskokatolicki “blokuje” rozwój anglikanizmu w Polsce, sam nie będąc realną propozycją dla ludzi, którzy szukają swojego duchowego domu. Głupie? Zapewne. Ale dość dobrze oddaje moje uczucia.
    Zestawienie katolickości z Zachodem w moim poście rzeczywiście niezbyt szczęśliwe – teraz to widzę. Pojęcie katolicyzmu oczywiście przekracza granicę wschód-zachód. Ja miałem na myśli tylko to, że jestem zbyt “zachodni”, żeby zanurzyć się po uszy wyłącznie w prawosławiu, a więc w myśli i duchowości chrześcijańskiego Wschodu. Kościół pojmuję po katolicku – to znaczy jako skarbnicę darów wszystkich gałęzi chrześcijaństwa. Uznaję go za powszechny i w najgłębszej istocie niepodzielony. W pełni się z Tobą zgadzam, że nie można “katolickości” utożsamiać z Zachodem.

  12. Pradusz says:

    Nie, Seamusie – nawet jesli moja ocena rzeczywistosci KPK na pewno nie jest tak surowa jak Twoja, rozumiem te zlosc i nie ukrywam, ze niekiedy i mnie ona ogarnie. Skadinad uwazam, ze w Polsce jest naprawde zapotrzebowanie na silny duchowo, odwazny, nie popadajacy w oportunizm Kosciol tradycji starokatolickiej (byc moze jakas wspolna ‘sadzonke’ anglikanow i starokatolikow) i KPK tej potrzeby nawet sie specjalnie nie stara zaspokoic.
    Byl taki czas, kiedy – pol zartem, pol serio – nazywalem sie ‘ostatnim religijnym emigrantem z Polski’. Dzisiaj mysle sobie, ze moze wcale nie bede ostatni… I to jest, biorac pod uwage okolicznosci, istna paranoja.
    Rzecz jasna, Kosciolow nie da sie ‘projektowac’ ani ‘konstruowac’. One musza wzrastac w sposob naturalny i potrzebuja na to czasu. Jak napisalem powyzej, ciagle wierze w mariawitow, staram sie rowniez nie stracic wiary w polskokatolikow. Z drugiej strony jednak nie jestes pierwsza osoba, z ktora prowadze taka rozmowe jak ta. I jest mi z tego powodu smutno, a czasami mam tez ochote klac te sytuacje w zywy kamien…

    • Seamus says:

      A jak oceniasz to co robi RKK (wolę skrót, bo pełna nazwa wydaje mi się hmm…po prostu brzmi dziwnie…)? Od pewnego czasu śledzę rozwój tej wspólnoty w Polsce, ale brak mi bliższych informacji na jej temat. Reformowany Kościół Katolicki w USA zakończył, z tego co wiem, swój niedługi żywot, ale kto wie – może ta jego polska gałąź rozwinie się mimo to? Ja sam w zasadzie nie wiem, co o nim sądzić – z jednej strony podoba mi się jej inkluzywność, szeroko rozumiany katolicki duch. Z drugiej, to ciągle coś niesłychanie efemerycznego, nieokreślonego. Myślę, że przydałoby się może silniejszy związek ze swego rodzaju kościelnym “starszym bratem” (choćby z którymś z kościołów starokatolickich).
      Ostatnio obserwuję także wzmożoną aktywność PNKK ks. Rybki. Tutaj również bardzo jestem ciekaw Twojego zdania, jako osoby dobrze zorientowanej w polskim starokatolicyzmie. Z grubsza znam historię konfliktu, który doprowadził do tej “polskokatolickiej schizmy”. To co mnie ostatnio dziwi, to spory ładunek poparcia PNKK w USA dla tego, co robi ks. Rybka. Skąd ten nagły zwrot? Nie do końca rozumiem to, co obecnie dzieje się w polskim starokatolicyzmie, dlatego byłbym wdzięczny gdybyś wyraził swoje zdanie nt. tej sprawy.
      Jak napisałem, moje oceny są zdaniem kogoś z zewnątrz, brak mi większego rozeznania. Niestety jednak aktualnie również te dwie wymienione przeze mnie wspólnoty starokatolickie, nie są chyba realną propozycją i nie budzą niestety mojego zaufania.

  13. Pradusz says:

    Moze umowmy sie na poczatek, ze moje oceny sa rowniez ocenami kogos z zewnatrz. To wynika z ‘eklezjologii Kosciola lokalnego’. Moj Kosciol poczuwa sie do zwiazku z siostrzanymi wspolnotami w innych czesciach swiata, nie postrzega tego zwiazku jako czegos drugorzednego dla swojej ‘koscielnosci’ (w tym przejawia sie wlasnie ta zasadnicza roznica pomiedzy klasycznym, kontynentalnym protestantyzmem a anglikanizmem i starokatolicyzmem!), ale to jednak odrebny Kosciol.

    Jesli chodzi o ‘Reformowany Kosciol Katolicki’ (mnie jest z kolei troche niezrecznie uzywac skrotu ‘RKK’, poniewaz w jezyku niderlandzkim, ktorym posluguje sie na co dzien, oznacza on Kosciol rzymskokatolicki), to podzielam Twoje zdanie, ze jest to nader sympatyczna wspolnota. Mialem z nia krotko kontakt przez Katarzyne Formele, ktora wziela w nim slub ze swoja partnerka. Pomimo, ze z calego serca kibicowalem Kasi w jej walce o mozliwosc dokonania takiego aktu, nie byla to dla mnie latwa sytuacja, bowiem Kasia byla wowczas (i chyba jest nadal) czlonkinia Kosciola polskokatolickiego. Sam wiec rozumiesz, ze to bardzo mocno zakrawalo na mieszanie sie do wewnetrznych spraw tego Kosciola. Oczywiscie, rozumiem, ze w gre wchodza tu uzasadnione aspiracje dwojga ludzi, ale jednak: Kosciol, ktory z jednej strony nazywa sie ‘katolickim’ (czy nawet ‘starokatolickim’, nie utrzymujac zadnych stosunkow z Kosciolami Unii Utrechckiej), a z drugiej strony, nie pytajac o zgode (ktorej, rzecz jasna, by nie otrzymal skadinad!) biskupa, udziela slubu czlonkini innego Kosciola katolickiego – to jest po prostu wbrew wszelkim zasadom i dobrym obyczajom. Gdy jakis czas potem Tomasz Puchalski z tego Kosciola napisal do mnie maila pytajac o mozliwosc nawiazania kontaktu z Arcybiskupem Utrechtu, nie moglem uczynic inaczej, anizeli zwrocic mu uwage na paradoksalnosc sytuacji, w ktorej on, majac w swoim kraju biskupa-czlonka Miedzynarodwoej Konferencji Biskupow Starokatolickich, zwraca sie do mnie – szarego czlonka Kosciola Starokatolickiego w Holandii – o pomoc w nawiazaniu kontaktu z arcybiskupem. Takiej pomocy ja mu po prostu udzielic nie moglem i – mimo wszystko – rowniez nie chcialem. Doradzilem mu natomiast kontakt z anglikanami, ktorzy w stosowaniu ‘eklezjologii Kosciola lokalnego’ sa jednak mniej rygorystyczni. Nie wiem czy to zrobil.
    Dla mnie jest jasne, ze jesli ta wspolnota ma miec jakiekolwiek szanse na dalsze funkcjonowanie jako Kosciol katolicki to powinna dokonac jasnego wyboru – miast ‘prowadzac sie’ ze spolecznosciami, ktore nazywaja sie ‘starokatolickimi’, ale nie sa w komunii z Utrechtem, zaczac pracowac nad nawiazaniem kontaktu z Kosciolami rodziny starokatolickiej i anglikanskiej. Ale: rzeczywiscie PRACOWAC, tzn. m.in. nie podejmowac dzialan zaogniajacych te stosunki od samego poczatku. Wezmy jako przyklad KSM, ktory, nie bedac juz od prawie 90 lat w UU, moze sie czuc zwolniony ze wszelkich zobowiazan, ale jednak pewnych rzeczy nie robi. Tymczasem ‘RKK’ deklaruje otwartosc wobec innych wspolnot, ale zachowuje sie jakby istnial na bezludnej wyspie. Na awanturnictwie (przepraszam za ostre slowo!), na ‘zadzieraniu’ ze wszystkimi nikt jeszcze Kosciola nie zbudowal!

    I to samo odnosze do Tomasza Rybki. Moim problemem z Tomaszem Rybka jest przede wszystkim fakt, iz zostalem obdarzony piekielnie dobra pamiecia i nikt mi nie wmowi, ze ks. bp. Tadeusz Majewski, ktorego wspolpracownikiem byl Rybka, nie ponosi glownej odpowiedzialnosci (przynajmniej w okresie, gdy sprawowal posluge biskupa naczelnego) za to jaka ‘linie’ wybral KPK. W porownaniu z bp. Tadeuszem ks. bp Wiktor Wysoczanski znajdowal sie wowczas w poza glownym nurtem decyzyjnym. Jesli dzis ktos zwiazany tak mocno z Majewskim – czlowiekiem, o ktorym sam gen. Jaruzelski napisal w jednej ze swoich ksiazek, ze nie rozumial jego wiernopoddanczego przywiazania do owczesnego systemu, okazywanego do samego konca – stara sie ‘wylansowac’ siebie na glownego ‘odnowiciela’ nurtu narodowo-katolickiego w Polsce, jest dla mnie po prostu niewiarygodny. I pomijam tu nawet przedziwne rzeczy (choc wlasciwie pomijac ich nie nalezy!), ktora dzialy sie wokol domu opieki przy parafii ks. Rybki etc. (dom opieki stal sie nagle ‘domem zakonnym’ itp.).
    Stanowiska Scranton w odniesieniu do tej kwestii nie rozumiem juz zupelnie. Wolta jakiej dokonal PNCC jest po prostu zadziwiajaca. Ale coz, maja do tego, rzecz jasna prawo. Trzeba tylko byc swiadomym jednej rzeczy: PNCC wycofal sie z Unii Utrechckiej i jesli ks. Rybka uwaza sie teraz za czlonka tego Kosciola, ze starokatolicyzmem nie ma to juz nic wspolnego.

    Mimo to – jak kazdej wspolnocie chrzescijanskiej – takze i tym wspolnotom zycze wszystkiego najlepszego. Poki co nie jestem jednak w stanie potraktowac ich w kategoriach alternatywy dla polskiego starokatolicyzmu.

  14. Seamus says:

    Z żalem konstatuje, że Twoja odpowiedź utwierdza mnie w ostrożności wobec tych wspólnot. Jeśli chodzi o RKK to widzę, że nie tylko mamy tu przerost nazwy nad treścią, ale i bardzo niekatolickie i nieekumeniczne zachowanie wobec kościołów, z którymi RKK powinien raczej współpracować.
    Jak widzę, nie jestem także odosobniony w zdziwieniu wobec postępowania PNCC i w nieufności wobec PNKK ks. Rybki. Jakoś nie potrafiłem dać wiary jego czystym intencjom, mimo że, delikatnie mówiąc, nie jestem sympatykiem sposobu w jaki bp Wysoczański sprawuje zwierzchnictwo KPK. Myślisz, że mogą nastąpić jakieś zmiany w kierownictwie a tym samym czy może zmienić się “linia” KPK? A może raczej (żeby nie popaść w przesadną poprawność): czy wg Ciebie szansa, że zmieni się kierownictwo i do KPK wróci w ogóle życie?
    Wycieczki w poszukiwaniu stron starokatolickich zaprowadziły mnie do strony (nowej, co zauważyłem ze zdumieniem) Kościoła Starokatolickiego w RP, bp Kordzika. Cóż to za przedziwna wspólnota! Oczywiście żadnej łączności z jakimkolwiek innym organizmem kościelnym, trzy parafie w Polsce. Myślałem, że oni już w ogóle nie istnieją. A tu proszę – i nawet mają nową stronę. Ech…I taki ten polski starokatolicyzm – rozczłonkowany, stwarzający pozory działalności…Tylko mariawici, jak sam zauważyłeś, budzą w człowieku jakieś nadzieje. Może się kiedyś przemogę i przekonam do tej nieszczęsnej adoracji, a wtedy jak mi Bóg miły, zostanę mariawitą.
    Co do próby reaktywacji narodowego katolicyzmu w Polsce (w duchu PNCC) jestem spokojny o jej niepowodzenie. Nie chodzi tu tylko o mierną wiarygodność samozwańczych odnowicieli, ale o prosty fakt, że nasz rzymski katolicyzm jest bardzo “narodowy”, spleciony mocno z tzw. polskością (cokolwiek to znaczy), z historią tego kraju, z ludową pobożnością, z narodową tożsamością. Nisza, którą zostawił PNCC, a której nie potrafił wypełnić KPK flirtujący z poprzednim systemem, już dawno jest zajęta. Spóźnione to mocno zabiegi, ale coś mi mówi, że skoro nie umiem wytłumaczyć “tej dziwnej wolty” PNCC to chodzi o…No właśnie, chyba nie o restaurację narodowego katolicyzmu w Polsce.

  15. Pradusz says:

    Hmmm…

    Dla mnie podstawowym pytaniem jest czy ta ´nisza´, o ktorej piszesz, rzeczywiscie istnieje czy tez raczej ciagle jest jakas ´konstrukcja w procesie´. PNCC powstal w specyficznej sytuacji jaka stworzyla emigracyjna rzeczywistosc i w tym sensie rzeczywiscie wypelnil pewna istniejaca juz nisze. Misja tego Kosciola w Polsce funkcjonowala juz, rzecz jasna, w innej sytuacji i w innych okolicznosciach, niezwykle trudnych. O ile w USA bylo jasne, ze polityka KRK jest jawnie sprzeczna z interesami spolecznosci polskich emigrantow (kto w to dzis uwierzy – po cwiercwieczu niepodzielnych rzadow polskiego entourage’u Jana Pawla II w Watykanie?), o tyle w niepodleglej Polsce KRK calkiem niezle udawalo sie utrzymywac mit ‘sarmacko-polskiego’ Kosciola ‘nie stanowiacego zadnego dodatku do polskosci lecz tkwiacego w jej istocie’, jak to ujmowal Roman Dmowski. Poza tym istnieli tez w koncu mariawici, ktorzy prowadzili ‘polowy w tym samym stawie’, w nie mniejszym (jezeli nawet nie wiekszym) stopniu starajac sie, zwlaszcza za abp. Kowalskiego, wpisac w polska tradycje romantyczna, ktora – o czym dzis malo kto wie – nie byla ani prorzymska ani specjalnie ortodoksyjna pod wzgledem wyznawanych i lansowanych idei swiatopogladowo-religijnych.
    A jednak starano sie ‘wykuc’ wlasna ‘nisze’, laczac tradycje narodowa z humanizmem, z tradycjami demokratycznymi i postepowymi. To mial byc katolicyzm narodowy ale inny anizeli w wydaniu endeckim: otwarty, progresywny, europejski. Wybor Andrzeja Frycza Modrzewskiego na patrona koscielnego wydawnictwa o czyms swiadczy (zwlaszcza jak zestawic go z wyborem Savonaroli na patrona seminarium duchownego w Scranton). Mnie przychodza w tym kontekscie na mysl ‘Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy’ J.J. Lipskiego…

    Dlaczego to sie nie udalo? Na pewno uleglosc wobec wladz komunistycznych kompromitowala Kosciol i idee, ktore staral sie lansowac, nawet jesli, w swietle tego, czego teraz dowiadujemy sie o innych Kosciolach w PRL, uprawnione jest pytanie czy rzeczywiscie KPK byl bardziej od nich skompromitowany. To jednak nie wszystko. Tradycja ‘polskosci otwartej’: postepowej, humanistycznej, swiadomej swojego miejsca w kulturze europejskiej, ulegla rowniez daleko idacej kompromitacji przez to, ze do znudzenia eksploatowali ja komunisci, tak czesto prowadzac jednoczesnie polityke znajdujaca sie na antypodach tych szczytnych idealow. Dzis trudno juz sobie wyobrazic, ze kultura, a w jej ramach rowniez religijnosc i ‘koscielnosc’ – polskiego odrodzenia byla naprawde nie mniej bogata i zdecydowanie bardziej otwarta na wplywy zewnetrzne od tradycji, ktora stanela u zarania niezaleznego od Rzymu Kosciola Anglii, zas panujacy w Rzeczpospolitej klimat tolerancji umozliwil jej bujny rozkwit. Katolicyzm narodowy to obecnie katolicyzm o. Rydzyka, a kto sie obawia go i nie chce, ucieka raczej w klasyczny ultramontanizm, w idee rzymskiego pseudouniwersalizmu, anizeli szuka w rodzimej tradycji elementow, z ktorych daloby sie ulozyc inna mozaike niz ta duszno-ksenofobiczna lansowana z Torunia. W ostatnich dziesiecioleciach bylo wiele prob zmiany tego stanu rzeczy. Probowano np. odtworzyc Jednote Braci Polskich (sam bylem w to zaangazowany, choc ‘arianinem’ nie jestem, i wlasnie w tym srodowisku spotkalem ks. Ostrowskiego), ale takze bez skutku, rowniez proby nawiazania do dziedzictwa braci czeskich jakie bywaja podejmowane w lonie Kosciola Ewangelicko-Reformowanego, w moich oczach przypominaja raczej ‘ogryzanie kosci przodkow w wierze’, anizeli tworcza kontynuacje. A przeciez jest do czego nawiazywac, u licha! A coz powiedziec o tradycji cyrylo-metodianskiej, ktora probowal odkrywac o. Jerzy Klinger, a obecnie czyni to prof. Janion? Kto wsrod polskich prawoslawnych (czy katolikow rytu wschodniego) bylby gotow podjac ten watek, przebadac go i jakos tworczo do niego nawiazac? Niestety, nad tym tez trzeba by najpierw popracowac: solidnie, interdyscyplinarnie, bez ideologicznego zaciecia i zadecia.
    Reasumujac: wedlug mnie ta ‘nisza’ nie jest po prostu dana. Ja trzeba tworzyc i pielegnowac, odwaznie nawiazujac do tradycji, ktorych w przeszlosci naduzywano i ktore w koncu zupelnie zohydzono w oczach spoleczenstwa, podejmujac ryzyko szerokiego, wizjonerskiego spojrzenia na rzeczywistosc. Gdyby powstal taki – ponadkonfesyjny – ruch intelektualny, byloby w nim rowniez miejsce na polski katolicyzm w najlepszym tego slowa znaczeniu – taki jakiego idea przyswiecala i Hodurowi i Kowalskiemu (postac bez watpienia kontrowersyjna ale niesamowicie ciekawa!). I taki polski katolicyzm – rodzimy a jednoczesnie europejski – moglby byc bardzoc cennym partnerem i dla anglikanow i dla starokatolikow z Europy Zach.
    Tyle marzen… A co do rzeczywistosci…
    Jesli pamietasz moje dawniejsze wypowiedzi, nie zgadzam sie z ludzmi, ktorzy bezpardonowo krytykuja ks. bp. prof. W. Wysoczanskiego. Osobiscie inaczej oceniam jego osobe i dzialalnosc. To jeden z niewielu ludzi w KPK, ktorzy naprawde wiedza, o co chodzi w starokatolicyzmie i ktorzy cos z ta wiedza staraja sie robic. Problem w tym, ze ja ani troche nie wierze, ze zastapienie Biskupa Naczelnego inna osoba automatycznie doprowadziloby do ‘powrotu zycia’ do KPK. Tez nie zawsze sie zgadzam z bp. Wiktorem, ale nie postrzegam tego co robi jako godzenia w witalnosc wspolnoty; raczej wprost przeciwnie. Bp. Wysoczanski zrobil wiele dobrego dla Kosciola, ale odziedziczyl go w tragicznym stanie – po czlowieku, ktory po prostu ewidentnie nie dorosl do zajmowanego stanowiska, ale w swej bezgranicznej proznosci absolutnie tego nie dostrzegal. Zgliszcza, jakie pozostawil po sobie bp Majewski ujawnily sie w duzym stopniu dopiero po jedgo odejsciu i – niestety – zostaly wpisane na konto bp. Wysoczanskiego. Podstawowe pytanie to pytanie o to, kto moglby teraz przejac ster z jego rak i poprowadzic ‘koscielna nawe’ dalej. Nie ukrywam, ze nie znam na nie odpowiedzi…

    • Seamus says:

      Wiele się dowiedziałem z Twojego postu, zaczynam też w szerszym kontekście widzieć sytuację Zwierzchnika KPK. W żadnym wypadku nie jest moim celem atakowanie bp Wysoczańskiego (a już na pewno nie jako człowieka). Wyrażam moją krytyczną opinię na podstawie tych danych, jakie posiadam do tej pory, ale jestem otwarty na zmianę perspektywy pod wpływem tego, co piszesz (i to rzeczywiście się dzieje). W moich wypowiedziach ujawnia się czasem wrodzona złośliwość, ale i ta wewnętrzna “złość”, o której pisałem w jednym z postów, a która i Ciebie czasem dopada. I Ciebie i mnie ogrania ona dlatego, że chcielibyśmy starokatolicyzmu w Polsce jako realnej alternatywy dla poszukującego chrześcijanina, alternatywy żywej i obdarzonej własną, unikalną tożsamością. W zmniejszeniu tej “świętej złości” pomaga mi nakreślony przez Ciebie kontekst, w którym należy widzieć aktualny stan KPK.
      Dlatego będę Ci naprawdę wdzięczny, jeśli podzielisz się ze mną wiedzą, która pozwoli mi zobaczyć aktualne problemy KPK w szerszej perspektywie. Mówisz o bagażu, jaki odziedziczył bp Wysoczański po bp Majewskim. Mógłbyś mi to przybliżyć? Chciałbym zrozumieć w jaki sposób wpływa to na obecny stan KPK.
      Rozmarzyłem się również, czytając Twoją wizję odnowy starokatolicymu. To piękne, ale chyba obaj zgadzamy się, że starokatolicyzmowi w Polsce (a ja sądzę, że i poza nią) brakuje wizjonerów, któzy potrafiliby tchnąć weń nowego ducha. Albo twórczo wrócić do korzeni, przeszłości, dziedzictwa…
      Czytając Twojego posta zauważyłem, że nie odniosłeś się w nim do wspólnoty bp Kordzika, o której napomknąłem. Odczytuję to jako sugestię, że lepiej zbyć ją milczeniem. I chyba podzielam Twój stosunek.
      Natomiast podtrzymuję moją opinię, że narodowy sentyment (w sensie podkreślania tradycji narodowej, polskości etc.) zaspokoił już w Polsce KRK. Oczywiście, w pewnym, bardzo określonym wydaniu, w pewnym duchu. Tutaj nie widzę szansy dla starokatolicyzmu – ktoś już siedzi na tym miejscu. Widzę ją natomiast w duchu otwartości, kontaktu z tym co europejskie, czy po prostu inne. Użyję porównania muzycznego. Starokatolicyzm jako muzyka alternatywna wobec popu lansowanego przez mainstream. Tutaj jest moim zdaniem (ciągle niewykorzystana) szansa.
      W tym miejscu przyszła mi do głowy szalona myśl. Może starokatolicyzm mogliby w Polsce wzbogacić Obirek czy Bartoś? Jak widzisz, ja też lubię pomarzyć…

  16. Pradusz says:

    Zaczne od konca…

    Gdy zaczalem czytac Bartosia (jescze przed jego odejsciem z zakonu), jedna z moich pierwszych mysli na jego temat bylo: PRZECIEZ TO MOWI STAROKATOLIK! Ta mysl mnie nigdy nie opuscila. O ile np. Weclawski w moich oczach wyraznie ‘protestantyzuje’, o tyle Bartos uprawia teologie w paradygmacie starokatolickim. Jednakze z jednej strony nie sadze, by Tadeusz Bartos mial potrzebe blizszego wiazania sie z inna wspolnota koscielna, a z drugiej (i tu powiem: NIESTETY!) nie wierze w to, by polskokatolicy w obecnym ksztalcie byli dla niego odpowiednim srodowiskiem. Co do Obirka, to przyznam, ze przede wszystkim stosunkowo malo o nim i jego pogladach wiem, ale jak czytam np. te rozmowe z prof. Rudnickim http://www.mateusz.pl/goscie/zd/25/zd25-04.htm (Loukas obiecuje niebawem cos napisac na kanwie m.in. tego tekstu), mysle sobie, ze wiez pomiedzy ‘wywiadujacym’ i ‘wywiadowanym’ jest tu ewidentna.

    Ale to jest wlasnie cala bieda: pomijam nawet fakt czy polscy ‘rzymskokatoliccy dysydenci’ mieliby w ogole ochote przejsc na starokatolicyzm wlasnie (wiem, ze wielu zachodnich np. po prostu jej nie ma, nawet jesli skadinad glosi dokladnie to samo co starokatolicy i nawet intensywnie z nimi wspolpracuje), ale jedno jest pewne: ani mariawityzm ani polskokatolicyzm w tej chwili nie sa wystarczajaco otwarte, by przyjac takiego ‘niepokornego ducha’ na ‘swoje lono’. A co do reprezentowanego przez te wspolnoty poziomy, w moich oczach sa one jednak (pozostajac w sferze Twojego muzycznego porownania) w tej chwili zbyt ‘popowe’, by zainspirowac kogos, kto wyraznie woli ‘alternatywe’.

    Co do tzw. ‘starokatolikow od Kordzika’, to, zachecony Twoja wczorajsza wypowiedzia o nowej stronce, wszedlem na nia i odkrylem, ze ich nowe centrum, miesci sie w tym samym miejscu, gdzie swego czasu chodzilem do przedszkola. I niech to posluzy za moj komentarz…

    Jesli chodzi o osobe i dzialalnosc ks. bp. Wysoczanskiego, to sadze, ze mnie troszke ‘ponioslo’w reakcji. Nie uwazam Cie za kogos, kto przepuszcza na niego atak. Wypowiadasz sie w tonie umiarkowanym, a poza tym jest zupelnie zrozumiale, ze jesli ktos od kilkunastu lat sprawuje w jakiejs wspolnocie funkcje zwierzchnika, to od pewnego momentu przestaje sie myslec, ze odziedziczyl trudna ‘schede’i zaczyna sie oceniac ‘jego epoke’. Ja wyjechalem z Polski tuz przed ‘zmiana warty’ w KPK i zauwazam, ze ciagle mam tendencje do postrzegania Ksiedza Biskupa jako ‘nowego’, a przeciez minelo juz bodaj 13 lat… Pora wreszcie przestac spychac wszystko na barki poprzednika czy poprzednikow.
    Przy calej sympatii do biskupa Wiktora, uczciwosc nakazuje powiedziec, ze po prostu nie przelamal istniejacego schematu dzialania w KPK. Dysponujac prawem koscielnym (ktorego w duzej mierze sam jest autorem!), ktore jest bardziej ‘demokratyczne’ (uzywajac pewnego skrotu myslowego) niz np. to, ktore obowiazuje u nas, nie zerwal z autorytaryzmem, nie ‘uruchomil ludzi’ w Kosciele, nie zaczal rzeczywiscie korzystac z narzedzi synodalnych. Wiekszosc uregulowan pozostala na papierze. Atmosfera jak panuje w Kosciele to wciaz atmosfera podejrzliwosci, szeptania po katach, plotek. Przykre, ale prawdziwe… Czasem az dziw bierze, ze w tej zatrutej atmosferze mimo wszystko wyrastaja cenne inicjatywy. Co zdecydowanie cenie w jego dzialaniach, to starania o podwyzszenie (a czasami raczej nawet wytworzenie) ‘starokatolickiej swiadomosci’ wsrod studentow i duchownych. Z drugiej strony i tu sa wyrazne ‘limits’, bowiem Ksiadz Biskup, sam bedac zdecydowanym przeciwnikiem przemian, ktore mialy miejsce w starokatolicyzmie w ostatnich dekadach, lansuje model starokatolicyzmu, ktory jest w mojej ocenie i owszem uprawniony – jako jedna z interpretacji – ale w koncu prowadzi do samolikwidacji. Mowiac najkrocej, znajduje tu zastosowanie przyslowie: ‘Jesli sie powiedzialo A, trzeba tez powiedziec B’, a jesli sie na to nie decydujemy, to A zaczyna po prostu ‘tracac myszka’. W moim przekonaniu, by wspolczesnie byc ‘duchowym spadkobierca’ pierwszych starokatolikow, nie wystarczy powtarzac tego, co oni mowili/pisali w okresie Vaticanum I, trzeba isc dalej. Nie twierdze, ze kazdy Kosciol starokatolicki powinien isc dokladnie w tym samym kierunku; nie tylko nie ma takiej potrzeby, ale wrecz bylbym sklonny uznac to za szkodliwe. Ale stanie w miejscu to nie jest opcja!
    Wracajac jeszcze do tej ‘polskokatolickiej schedy’. Trzeba pamietac, ze (wowczas jeszcze) PNKK w Polsce doznal na samym poczatku okresu PRL-u straty, ktora nie stala sie udzialem zadnego innego Kosciola: zamordowano mu zwierzchnika. Uczyniono to ponadto w niesamowicie perfidny sposob, bowiem ks. bp Jozef Padewski nie zostal oskarzony o przestepstwo polityczne tylko o… nielegalny obrot waluta. Uczyniono wiec z niego pospolitego kryminaliste. Jego wspolpracownikow oskarzono nawet o wspolprace z gestapo. To byl ‘kij’. Ale byla i ‘marchewka’ – za uleglosc proponowano (nawet jesli relatywna) regulacje stanu prawnego Kosciola i zapewnienie mu opieki. A trzeba pamietac, ze mamy tu do czynienia ze wspolnota ewidentnie przesladowana przez wladze przedwojenne!
    Po okresie roznych zawirowan biskupem naczelnym zostal ks. bp. Maksymilian Rode, postac bardzo zlozona. Nawet najwieksi przeciwnicy nie odmawiaja mu wiedzy, inteligencji, oryginalnosci spojrzenia. To byl troche taki ‘Bartos tamtych czasow’, jesli mozna sobie pozwolic na takie porownanie… Z drugiej strony czlowiek chorobliwie wrecz ambitny, o niesamowicie przerosnietym ‘ego’ – az do granic absurdu. Za czasow bp. Rodego zaczyna dawac o sobie znac zjawisko, ktore kladzie sie cieniem na rzeczywistosc KPK az po obecne czasy: masowe ‘konwersje’ – duchownych, calych parafii. To nie byli ludzie, ktorzy nagle ‘odkrywali starokatolicyzm’! Wrecz przeciwnie: najczesciej nie mieli bladego pojecia, ‘z czym to sie je’, ale mieli za soba – niejednokrotnie zaogniany z zewnatrz – konflikt z wladzami KRK. Kosciol rosl w sile – liczebnie, coraz lepiej powodzilo mu sie finansowo, ale duchowo pozostawal w powijakach. Rozwijanie wlasnej starokatolickiej tozsamosci nie lezalo w ogole w jego interesie. Wrecz przeciwnie: trzeba bylo pozostac jak najblizej KRK, by ulatwic ‘konwertytom’ przejscia. To zjawisko – nawet jesli z czasem tracilo na sile – trwalo rowniez w okresie, gdy biskupem naczelnym zostal bp Tadeusz Majewski. ‘Konwersji parafialnych’ bylo juz moze mniej, ale za to ‘drzwiami i oknami walili’ duchowni rzymskokatoliccy. Dopiero ks. bp Wysoczanski spowodowal, ze zaczeto ich w jakis sposob przygotowywac do pracy w KPK, zapoznawac z jakims ‘starokatolickim abecadlem’. Do tego dochodzi jeszcze kwestia zalamania sie podstaw gospodarczo-finansowych Kosciola (przedsiebiorstwo ‘Polkat’ nie zdalo egzaminu z gospodarki rynkowej, mowiac najkrocej), zawirowania w Unii Utrechckiej, ktore doprowadzily KPK do ‘szpagatu’ pomiedzy Scranton i Utrechtem (skadinad mam wielki szacunek do biskupa Wiktora za utrzymanie tej trudnej pozycji, ale bez watpienia kosztuje to mnostwo energii). Dzis nie ukrywam, ze osobiscie najbardziej boli mnie brak lojalnosci ze strony KPK wobec Kosciolow siostrzanych, wyrazajace sie w krytyce ich stanowiska – nie na forum UU tylko na zewnatrz, np. we wspolnym oswiadczeniu z KRK w sprawie swiecen kobiet. Staram sie zrozumiec okolicznosci, ale niesmak i poczucie opuszczenia pozostaja…
    Nie oczekuje od bp. Wiktora Wysoczanskiego zadnej rewolucji w KPK. Osobiscie jestem zdania, ze – zwlaszcza swoja dzialalnoscia naukowo-dydaktyczna – polozyl solidne podwaliny pod dalszy rozwoj tego Kosciola i dostarczyl impulsow do autorefleksji. Tworzac swietne prawo wewnetrzne, stworzyl rowniez ramy tego rozwoju. Nie ulega jednak watpliwosci, ze nie chce/nie jest w stanie isc dalej. A dekady negatywnej selekcji daja znac o sobie. I tu tkwi najwiekszy szkopul. W tej chwili mam wrazenie, ze biskup Wiktor w jakims sensie gwarantuje swoja osoba, ze Kosciol nie zeslizgnie sie w miazmaty opcji narodowej w wersji Tomasza Rybki (i z blogoslawienstwem ze Scranton). I to jest wazne. Wiecej oczekiwac jednak nie mozna, a nie ulega watpliwosci, ze to ‘wiecej’ stanowi conditio sine qua non dalszego zycia wspolnoty…

  17. Seamus says:

    http://www.ekumenia.pl/index.php?D=mod&mod=programy&a=2&b=406
    Tak jak pisałeś, gdzieś tam podskórnie dzieje się czasem coś ciekawego. Szkoda, że nikt się o tym nie dowie ze względu na porę emisji. Ale tak niestety w praktyce wygląda “misja” telewizji publicznej.
    Dzięki temu co piszesz zaczynam inaczej widzieć działalność i położenie bp Wysoczańskiego jako zwierzchnika KPK. Z wielu uwarunkowań wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, znałem ogólne fakty, ale teraz jestem mądrzejszy o niuanse, a przede wszystkim cenne jest dla mnie spojrzenie z wewnątrz starokatolicyzmu. Zauważyłem bowiem, że o KPK, jego stanie i działalności, wypowiadają się głównie reprezentanci innych konfesji. Zainteresowanie siostrzanym wyznaniem to cenna rzecz, ale chyba nie o taki “ekumenizm w praktyce” chodzi, jaki obserwowałem na kilku forach internetowych.
    Bartoś i Obirek u starokatolików…ech…pięknie by było. W całości jednak podzielam Twoją argumentację i również uważam, że zapewne przez wiele lat jeszcze nie pojawi się szansa, aby ubogie poletko starokatolicyzmu w Polsce wzmocniły takie tęgie teologiczne głowy jak wymienienie panowie.
    A propos tęgich głów. Czy są wg Ciebie takie w KPK? Jak wg Ciebie przedstawia się zaplecze intelektualno-naukowe tego kościoła? Jakiś czas temu pytałem Cię o codzienne życie parafialno-kościelne, teraz chodzi mi raczej o myślicieli, naukowców, teologów. Istnieje przecież sekcja starokatolicka na ChAT – jak to tam wygląda? Ciekaw jestem Twojej opinii jako absolwenta tej uczelni, bo przecież właśnie tam powinien pojawić się jakiś “think-tank” starokatolicyzmu w Polsce. Obym tym razem nie był równie niepoprawnym marzycielem jak w przypadku potencjalnego importu Bartosia i Obirka…
    Pozdrawiam i nadmienię jeszcze, że nie pamiętam kiedy ostatni raz w internecie mogłem prowadzić równie miłą i pouczającą dla mnie rozmowę.

    • Pradusz says:

      Im mniejsza spolecznosc, tym mniejszy ‘rezerwuar’ owych ‘tegich glow’. Pod tym wzgledem KRK miala i ma nadal przewage nad wyznaniami mniejszosciowymi. Jesli chodzi o sekcje starokatolicka jednak, to w mojej ocenie sytuacja nie jest zla. Bp. Wysoczanskiemu udalo sie zgromadzic grupe naprawde ´lebskich´ teologow: ks. dr Jerzy Bajorek, dr Borys Przedpelski, ze ‘starej gwardii’ Marek Ambrozy. To sa ludzie o naprawde sporej wiedzy. Aczkolwiek trzeba tez dodac, ze – przynajmniej w mojej ocenie – o raczej dosc zachowawczych pogladach, podobnie jak on sam. Przydalby sie natomiast jeszcze ktos, kto wiedze polaczy z nowatorstwem, jakas oryginalnoscia. Z tym jest niestety gorzej. Wydaje mi sie, ze absolwent ChAT-u otrzymuje obecnie calkiem dobry fundament, natomiast – ale to dotyczy wszystkich sekcji! – nie uczy sie niestety ‘bawic teologia’ – samodzielnie i tworczo wchodzic w nia i poruszac sie po jej obszarze wlasnymi drogami. Jest duzo leku przed ‘utrata tozsamosci’ a niekiedy i sporo nieufnosci przed tym, co nadchodzi z ‘Zachodu’. W rezultacie mamy ludzi z glowa pelna wiedzy (co jest ewidentnym ‘plusem’), ale malo samodzielnych.
      Polski student teologii, trafiajac na Zachod, szybko sie orientuje, ze uformowano go troche jak ‘encyklopedie na dwoch nogach’, ale nikt mu nie powiedzial (albo prawie nikt, bo sa chlubne wyjatki!), ze teolog to nie przede wszystkim koscielny funkcjonariusz lecz tworczy (uzyjmy tego slowa!) intelektualista.

      P.S. Mnie rowniez bardzo dobrze prowadzi sie te rozmowe.

      • Seamus says:

        Wracając jeszcze na chwilę do Obirka i jego poglądów. Jeśli chciałbyś je bliżej poznać, to pozwól, że polecę Ci książkę “Między Wiarą a Kościołem”. Tutaj link http://www.empik.com/miedzy-wiara-a-kosciolem-obirek-stanislaw-dorosz-krzysztof,prod56450034,ksiazka-p
        Jest to zapis korespondencji między Stanisławem Obirkiem i Krzysztofem Doroszem (którego niezwykle cenię), oscylujący głównie wokół chrystologii (ale nie tylko). Książka jest nowa, wyszła w 2010. Jestem po lekturze i, prócz wielu miłych wrażeń zeń wyniesionych, muszę przyznać, że to już nieco inny Obirek niż ten z wywiadu-rzeki “Przed Bogiem”. Moim zdaniem, sporą zaletą tej książki jest jej osobisty ton. Nie jest to tym samym rozprawa naukowa, ale pozwala właśnie bardzo dobrze poznać “poglądy” obydwu korespondentów.
        Z tęsknoty za evensongiem, a także pod wpływem Twojej sugestii, wróciłem ponownie do książeczki, którą jakiś czas temu odłożyłem na półkę. Mianowicie do Liturgii Godzin w formie brewiarza dla świeckich. I ponownie powtórzę to, co już nie raz sobie mówiłem – cóż to za wspaniały katolicki wynalazek! A jak wygląda kwestia Liturgii Godzin/brewiarza świeckiego w starokatolicyzmie?

  18. Pradusz says:

    Dziekuje, przy okazji zerkne (Dorosza tez bardzo sobie cenie; niestety mialem troche pecha – on objal redakcje czasopisma, z ktorym kiedys inensywnie wspolpracowalem, ale – niestety – juz po moim odejsciu, zreszta w nie najsympatyczniejszej atmosferze).

    Co do ‘wynalazku’ Liturgii Godzin – calkowicie sie z Toba zgadzam.
    W Kosciolach starokatolickich tez jest on odmawiany. Ekumeniczne Zgromadzenie Mariawitow wydalo stosunkowo niedawno dobry brewiarz przystosowany do uzytku przez swieckich, nie majacych zbyt wiele czasu na dlugie modlitwy. Mozna go nabyc za posrednictwem prof. Rudnickiego, ktory jest magistrem generalnym tego Zgromadzenia. Osobiscie czasami z niego korzystam. W tradycji niderlandzkiego starokatolicyzmu niekiedy siega sie jeszcze po XVIII-wieczne brewiarze wywodzace sie z tradycji jansenistycznej; obecnie jeden z duchownych probuje – po czesci na ich podstawie – stworzyc nowy brewiarz. Ja sam na ogol pozostaje wierny BCP (czasem w polaczeniu z brewiarzem mariawickim lub niemieckim brewiarzem ewangelickiego ‘Hochkirchliche Vereinigung’); zazwyczaj uzywam standartowej amerykanskiej wersji, ale ostatnio nabylem wersje wydana przez prawoslawnych rytu zachodniego (w USA i Kanadzie to rosnaca grupa, ktora, zachowujac zachodnia liturgie, najczesciej w wersji anglikanskiej, przeszla pod jedna z jurysydykcji prawoslawnych – zazwyczaj antiochenska; w tym srodowisku funkcjonuje m.in. dobrze prosperujace wydawnictwo, publikujace materialy bogatej skarbnicy ze starej angielskiej duchowosci i liturgii Lancelot Andrewes Press http://www.andrewespress.com/about.html), oparta na starszych wersjach ‘Modlitewnika’ i wzbogacona o typowe katolickie ‘devotions’, ktore w anglikanizmie (prawie) nie wystepuja. W najblizszym czasie chce zamiescic na blogu szerszy material na temat roznych miejsc w internecie, w ktorych mozna napotkac modlitwe brewiarzowa – w formie pisanej lub mowionej – czy szerzej: modlitwe codzienna, i moich doswiadczen z nimi (internet jest dla mnie bardzo waznym miejscem modlitwy). Ale juz teraz, jak przejrzysz nasza ‘linkownie’ po prawej stronie, znajdziesz to i owo w rubryce ‘Inspirational links’; w kazdym razie jest tam amerykanska wersja BCP, ale tez pare innych rzeczy. Bardzo dobry brewiarz, w nowoczesnej szacie jezykowej znajdziesz w formacie PDF na stronie ‘Order of St. Luke’, metodystycznego zakonu wysokokoscielnego (http://www.saint-luke.net/welcome/the-daily-office ), z ktorym zwiazany jest m.in. Wielebny Neil. Ja go malo uzywam, bo jestem bardziej przyzwyczajony do tradycyjnej szaty jezykowej BCP, ale jako uzupelnienie, gdy mam czas na pelna Liturgie Godzin, czasem tak (BCP zawiera jedynie 3 godziny kanoniczne).

    P.S. Poza tym, jako zapamietaly ‘ dewocjonalista internetowy’, w kazdym razie doradzam odwiedzanie tych dwoch miejsc, na ktore zwrocilem uwage w tekscie o evensongu: stronki BBC i stronki Grace Cathedral, gdzie co tydzien – w srode i w czwartek (a wlasciwie zazwyczaj w piatek, ze wzgledu na roznice czasu) pojawia sie plik dzwiekowy z nowym evensongiem. To tylko audio, co prawda, ale jednak. Ja z nich regularnie korzystam. Wiecej na razie nie zdradze, bo – jako sie rzeklo – powoli przygotowuje bardziej calosciowy material na ten temat.

  19. Seamus says:

    Po dluuuugim czasie odswiezam watek.
    Sprawdzilem kwestię przedwojennego polskiego tłumaczenia BCP w Bibliotece Synodu KER. Niestety poinformowano mnie tam, ze nigdy nie posiadali czegos takiego i nie maja pojecia gdzie tego szukac.

  20. Pradusz says:

    No to chyba znaczy, ze sami ciagle nie wiedza co im w tej wiezy koscielnej zalega. Czyzby – po uplywie dwoch dekad – wciaz jeszcze nie skatalogowali zawartosci tego sezamu? Inna mozliwosc jest taka, ze ktos byl mniej uczciwy niz ja i – ze wzgledu na unikatowosc – przywlaszczyl sobie te pozycje, zanim ja ostemplowano i skatalogowano. Nawet sie tak bardzo nie dziwie. Sam – musze sie przyznac – przez moment walczylem z ta pokuse podowczas, ale sympatia do bibliotecznej zalogi mnie jednak powstrzymala. No szkoda…

  21. Pingback: Apostolskie Wyznanie Wiary cz. 1, “Wierzę” | Don't Shoot the Prophet

Leave a Reply