Był wtorek, 11 września…

Było to w samym centrum lejdejskiej starówki, naprzeciwko kościoła św. Piotra. W tym samym miejscu znajdowała się w XIV w. biblioteka słynnego czternastowiecznego prawnika i bibliofila Filipa z Lejdy, którą nazywano ‘Templum Salomonis’. W 1894 r. wykorzystano tę dawną nazwę dla nowo utworzonego domu aukcyjnego, księgarni i antykwariatu.

Tamtego dnia doszedłem do wniosku, że, po zapłaceniu comiesięcznych rachunków, wreszcie wystarczy mi pieniędzy na zakup niemieckiego wydania pism Plotyna. Planowałem ten zakup od miesięcy, ale tym razem był szczególny powód, by go wreszcie dokonać.

Nazajutrz rozpoczynałem bowiem kilkumiesięczny kurs dla aktywistów holenderskiej socjaldemokratycznej Partii Pracy. Lektura neoplatońskiego filozofa i mistyka miała pomoc w zmaganiach z zagadnieniami bieżącej polityki, które miały mi odtąd wypełnić prawie cały czas wolny od pracy na Uniwersytecie Lejdejskim. Było wtorkowe popołudnie, 11 września 2001 r. W dalekim Nowym Jorku mogło być ok. 9 rano…

W takich miejscach jak ‘Templum Salomonis’ panuje atmosfera, która sprawia, że ludzie, nawet jeśli rozmawiają ze sobą, mówią ściszonym głosem, prawie szeptem. Mimo to w pewnym momencie dotarły do mnie wypowiedziane nieco głośniej niż zazwyczaj słowa jednego z klientów, który opowiadał sprzedawcy, że jakiś samolot uderzył w wieżowiec na Manhattanie i że prawdopodobnie był to zamach. Ta iście surrealistyczna wiadomość wywołała we mnie reakcję, za którą wstydzę się po dziś dzień. Pomyślałem mianowicie: taki wieżowiec to przecież idealny symbol falliczny. Trudno mocniej dotknąć tego niedorozwiniętego macho z Teksasu, którego od kilku miesiecy jesteśmy zmuszeni nazywać prezydentem Stanów Zjednoczonych! Genialne! Następnie przeszedłem nad tym do porządku dziennego i powróciłem do półek z książkami…

O wiadomości przypomniałem sobie dopiero po powrocie do domu. Dochodziła 17 – pora, w której w niemieckiej telewizji ARD, której byłem wówczas wiernym widzem, nadawane są
wiadomości. Postanowiłem je obejrzeć, by wreszcie dowiedzieć się, co się naprawdę stało. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po włączeniu telewizora, było to, że wiadomości już trwały i że prowadził je nie – jak zazwyczaj o tej porze – jeden z lektorów lecz ‘anchor’ głównego wydania, nadawanego zazwyczaj o 22.30, ‘Mr. Tagesthemen’ Ulrich Wickert. Zabawne, na jakie szczegóły zwraca się w takich sytuacjach uwagę: zanim mój wzrok padł na pojawiające się w tle obrazy płonących wieżowców i Pentagonu, zanim dotarł do mnie sens wypowiadanych przez Wickerta słów, zauważyłem, że miał on na nosie okulary. A więc czytał z kartki a nie z ekranu umieszczonego za kamerą. To mogło oznaczać tylko jedno: wydarzyło się coś naprawdę poważnego…

Nazwy World Trade Centre i Twin Towers wiele mi wówczas nie mówiły. Gdy jednak po raz pierwszy zobaczyłem wlatujący w jedną z wież samolot, a następnie jak obydwie się zawalają, wiedziałem, że już ich nie zapomnę. I wówczas też po raz pierwszy pojawiła się myśl, przed którą chyba jakoś się do tej pory broniłem: Mój Boże, przecież tam są ludzie! Na pewno tysiące ludzi, w tych budynkach, w tych samolotach!

Jak miliony widzów na całym świecie już nie odszedłem tego wieczoru od telewizora, aż do momentu, gdy również w Nowym Jorku zaczął zapadać zmierzch. Nie wiem ile razy widziałem samolot wlatujący w South Tower, obrazy zniszczenia, naznaczone przeżytą tragedią twarze wycieńczonych policjantowi i strażaków, słyszałem okrzyki przerażenia i paniki ludzi obserwujących wszystko, co się wydarzyło. Oglądałem je w telewizji
holenderskiej i niemieckiej, w BBC i CNN. Nie byłem w stanie wyłączyć odbiornika. I z minuty na minutę, z obrazu na obraz, czułem się coraz gorzej. Po kilku godzinach byłem po prostu chory. Cały czas jednak towarzyszyło mi, tak jak chyba wszystkim, to kłębowisko rożnych myśli: o ludziach, którzy stracili życie, ich bliskich, ale również o możliwej reakcji USA. Będzie wojna? Na pewno, przecież nie ma szans na to by ekipa Busha puściła to płazem. Pytanie więc tylko gdzie i na jaką skalę…

Chociaż, gdy w środku nocy wreszcie zdecydowałem się odejść od ekranu, miałem wrażenie,
że głowa pęka mi od natłoku obrazów i myśli, tak wielu rzeczy jeszcze nie wiedziałem… Nie miałem pojęcia, rzecz jasna, o tym, co w tych strasznych godzinach działo się we wnętrzu WTC, w porwanych samolotach, w Pentagonie. Nie znałem tych wszystkich tragicznych, ale często również pięknych i głęboko ludzkich, historii, które się tam rozegrały. Nie wiedziałem również, że już niedługo będę współorganizował spotkania i demonstracje przeciwko planowanej inwazji na Irak, że będę rozważał zgłoszenie się na wyjazd w roli ‘żywej tarczy’ do Bagdadu. Nie wiedziałem o Guantanamo i Abu Ghraib…

Przede wszystkim nie wiedziałem jednak, że dosłownie 2 lata później rozpocznie się moja, trwająca po dziś dzień, ‘przygoda’ z amerykańskim anglikanizmem. I to rozpocznie się od
możliwości regularnego brania udziału, za pośrednictwem internetowych transmisji, w nabożeństwach odprawianych w Trinity Church przy Wall Street – tak blisko ‘Ground Zero’. Nie miałem pojęcia jak bliscy staną mi się właśnie Amerykanie i to, co się dzieje w ich kraju i w ich Kościele, i że z czasem przestanę kojarzyć Amerykę z Georgem Bushem i jego ekipą, a zacznę z takimi ludzmi jak dean Alan Jones, biskup Gene Robinson, biskup Jefferts Schori, jak Peter J. Gomes oraz z przyjaciółmi poznanymi za sprawą DSTP i Facebooka. I nie wiedziałem również, że przez długie lata nie sięgnę po pisma Plotyna, które odtąd nierozerwalnie zwiążą się w mojej świadomości z tamtą pierwszą wiadomością z Nowego Jorku i z moją reakcją na nią…

This entry was posted in Wpisy po polsku and tagged . Bookmark the permalink.

Leave a Reply