Protestantyzm i jego ograniczenia

Wychowałem się w rodzinie, w której protestantyzm był właściwie tylko wspomnieniem z przeszłości. Gdy z perspektywy czasu zadaję sobie pytanie, do czego właściwie sprowadzał się ten protestancki element w moim wychowaniu, dochodzę do wniosku, że jego najważniejszą cechą było przekonanie o “naszej” wyższości wobec katolików: modlących się do obrazów, uprawiających jakieś dziwaczne gusła, magiczne obrzędy – a wszystko to bez grama autorefleksji. Ileż to razy podniecałem się tym, że w rozmowach to ja wyjaśniałem katolikom “w co tak naprawdę wierzą”, tzn. czego oficjalnie naucza ich Kościół. Sprawiało mi to ogromną satysfakcję, tylko że miałem wtedy lat -naście. Niektórzy jednak niestety nigdy z tego poczucia nie wyrastają.

Ta gorzka refleksja przyszła mi do głowy podczas lektury jednego z artykułów zamieszczonych w nowym piśmie “er”. Chodzi mi o artykuł Tomasza Piątka “Fundamentalizm liberalny”. Autor zawarł w tekście sporo rzeczy, z którymi się zgadzam. Zwłaszcza fragment, w którym pisze, że “nie wolno nam zubażać Pisma Świętego o żadną z interpretacji” jest mi bardzo bliski. Przypomina mi się nasz własny tekstwygłoszony na konferencji Przybliżamy Kościół Episkopalny w Krakowie, w którym mówiliśmy, jak trudno jest nam odnaleźć się w spolaryzowanej rzeczywistości Kościoła:

Gdy dwa i pół roku temu powstawał blog „Don’t Shoot the Prophet”, stawialiśmy sobie za cel m.in. prostowanie opinii, według której Kościół episkopalny jest Kościołem liberalnym. Oczywiście, to jest również Kościół biskupa Sponga czy niektórych członków słynnego „Jesus Seminar”, będących sztandarowymi postaciami tego nurtu chrześcijaństwa. I to dobrze, że tak właśnie jest, jednakże ponad wszystko jest to Kościół szeroki, obejmujący mnogość typów duchowości i wizji teologicznych. W jednej z książek Alana Jonesa, byłego deana episkopalnej Grace Cathedral w San Francisco, którego wizję często prezentujemy na naszym blogu, znaleźliśmy deklarację świetnie oddającą również nasze podejście: „Nie potrafię utożsamić się ani z liberałami ani z konserwatystami”. Wielokrotnie próbowano nam przykleić etykietkę liberałów, bo opowiadamy się za ordynacją kobiet czy za otwartością Kościoła wobec osób LGBT. Prawdopodobnie wypada niestety zaakceptować fakt, że te właśnie sprawy stały się w ostatnich czasach papierkami lakmusowymi przynależności do nurtu liberalnego w chrześcijaństwie. Cóż jednak począć z cechującą nas również potrzebą budowania na bazie tradycji Kościoła niepodzielonego pierwszych stuleci, mierzenia się z treściami zawartymi w starożytnych wyznaniach wiary, z umiłowaniem wiekowych tradycji liturgicznych? To już raczej trudno uznać za przejawy liberalizmu. Istotniejsze jest jednak to, że na podstawie reakcji, które do nas docierają, dochodzimy do wniosku, iż nie jesteśmy jedynymi Polakami, którzy starają się łączyć to, co stare z tym, co nowe i wytrzymać napięcie, które w ten sposób powstaje. Wbrew komentarzom, które pojawiły się w reakcji na zapowiedz dzisiejszego spotkania, nie dążymy do powstania ani jeszcze jednej „wspólnoty liberalnej” ani „Kościoła homosiów”. Pragnęlibyśmy społeczności, której charakter najlepiej określa angielskie słowo „comprehensive” – szerokiej i bogatej w różne treści i formy.

Wydaje mi się, że w tej kwestii niewiele mnie różni od Tomasza Piątka – przynajmniej na poziomie deklaracji obydwu nam zależy na Kościele możliwie szerokim i bogatym. Tym bardziej zadziwił mnie dalszy fragment jego wywodu:

Dzisiejszy człowiek nie wie już, czym jest i co znaczy baranek, krew, chrzest i cała masa innych symboli. My, protestanci, jesteśmy w tej luksusowej sytuacji, że co tydzień mamy dobre i przemyślane kazanie, za pomocą którego pastor nam tę symbolikę przypomina i tłumaczy. Katolicy, a w jeszcze większym stopniu niepraktykujący i niewierzący, skazani są na odpryski tej symboliki, które czasem do nich trafiają jako strzępy listów z innego świata, pisanych niezrozumiałym językiem.

Gdy taką butą, która przebija z każdego zawartego w tym tekście słowa, charakteryzuje się przekonany o swoich racjach nastolatek, można mu to wybaczyć. Co zrobić jednak, gdy coś takiego pisze dorosły człowiek? Pomińmy nawet pytanie, czy p. Piątek rzeczywiście jest tak całkowicie przekonany, że każdej niedzieli słyszy “dobre i przemyślane” kazanie. Jeśli tak, to rad bym otrzymać adres kościoła, do którego chodzi, bo z chęcią również czegoś takiego doświadczę. Istotniejsze jest jednak coś innego. Czy Tomaszowi Piątkowi zupełnie obce są nazwiska Levy-Bruhla, Frazera, Levi-Straussa, czy choćby polskiego ewangelickiego filozofa religii i teologa, ks. dra Karola Seriniego? Wszyscy ci autorzy bowiem, reprezentujący skądinąd skrajnie różne ujęcia, w jednym są ze sobą zgodni – symbol wyłożony za pomocą słowa przestaje być symbolem. De facto zostaje “zagadany na śmierć”. I właśnie z tym niebezpieczeństwem mamy do czynienia w klasycznej postaci protestantyzmu, zaś w jego nurcie reformowanym niebezpieczeństwo stało się po prostu rzeczywistością. Symbole zostały tutaj zdegradowane do roli znaków a następnie bezpardonowo wyrzucone za drzwi i zastąpione komunikatem werbalnym. Tomaszowi Piątkowi zadedykowałbym słowa pewnego holenderskiego poety, autora wielu pieśni kościelnych, który po latach pełnienia posługi pastorskiej w Kościele reformowanym przeszedł na starokatolicyzm. Pytany o przyczyny swojej decyzji, odpowiedział: “Czyniąc pojedynczy znak krzyża, mówię więcej, aniżeli powiedziałem we wszystkich swoich wierszach, pieśniach i kazaniach”.

Oczywiście trudno nie zgodzić się z p. Piątkiem, że w dużym stopniu straciliśmy łączność ze światem symboliki biblijnej i wiele rzeczy, które dla pierwszych odbiorców znajdujących się w Piśmie Świętym opowieści były zupełnie oczywiste, do nas po prostu nie dociera. Potrzebujemy zatem wprowadzenia w świat, z którego rzeczywiście pozostały jedynie odpryski. Po pierwsze jednak należałoby uczciwie powiedzieć, że reformacja walnie przyczyniła się do tego, iż tych odprysków jest tak mało. Po drugie zaś, zadać sobie pytanie, czy najlepszym rodzajem wprowadzenia jest zawsze wprowadzenia słowne. Przychodzi mi na myśl coś, co opowiadał mi pewien znajomy, który pełnił przez kilka lat służbę pastorską w jednym z najstarszych kościołów reformowanych w Holandii, gdzie obok zainstalowanego później oświetlenia elektrycznego było jeszcze oryginalne oświetlenie pochodzące z XVII w. Chcąc uświadomić swoim parafianom co miał przed oczyma autor biblijny, pisząc o świetle i ciemności, przed nabożeństwem wieczornym poprosił kościelnego o zapalenie tylko świec. Wielu obecnych na nabożeństwie stwierdziło, że dopiero wówczas uświadomili sobie znaczenie symboliki światła. To samo słyszę od protestantów, którzy po raz pierwszy uczestniczą np. w nabożeństwie wigilii paschalnej. Dobra Nowina o zmartwychwstaniu przemawia do nich z nieoczekiwaną siłą i świeżością właśnie dlatego, że jest zwiastowana w co najmniej równym stopniu za pomocą prostych symboli i rytuałów co za pomocą środków werbalnych. W Holandii bardzo wielu reformowanych podkreśla swoją tęsknotę za taką formą nabożeństwa, która angażuje wszystkie zmysły i radość z tego, że coraz częściej spotyka się z tą formą we własnych kościołach.

Powstaje pytanie, kiedy wreszcie polscy ewangelicy otrząsną się ze swojej buty, arogancji i bezkrytycznego stosunku do ograniczeń obecnych w ich własnej tradycji. Artykuł Tomasza Piątka nie napawa niestety optymizmem w tej kwestii…

This entry was posted in Wpisy po polsku and tagged , , . Bookmark the permalink.

5 Responses to Protestantyzm i jego ograniczenia

  1. Marta Gmurczyk says:

    Jestem bardzo zaangazowanym czlonkiem kosciola episkopalnego w USA juz od 15 lat. Moja parafia jeste ten kosciol:
    http://www.episcopalcos.org/

    Tutaj napisalam troche dlaczego kosciol episkopalny jest dla mnie najlepszym duchowym miejscem.

    http://uwazne366dni.blogspot.com/2013/01/dzien-3-4-5.html#comment-form

  2. Piotr Artur Zarzecki says:

    To prawda, mi również czasem brakuje wyrazistszej symboliki w kościołach protestanckich. Należy jednak pamiętać dlaczego reformacja ową symbolikę odrzuciła.
    Aby symbol stał się symbolem musi zostać osadzonych w pewnej określonej rzeczywistości. Czy cokolwiek nam mówi podwójne koło z wielką żabą i trzydziestoma trzema snopami światła wokół? (Bardzo ważny symbol religijny na planecie Uma w gwiazdozbiorze spóźnionego studenta) Nie, nic nam nie mówi. Aby zaczął nam cokolwiek mówić musiałbym teraz za pomocą słów wyjaśnić, umocować w naszej rzeczywistości.
    Żyjemy w czasach gdzie nawet zdawałoby się absolutnie niemożliwy do przemianowania symbol krzyża stał się dla wielu ludzi symbolem męczeńskiej śmierci… nie, nie Jezusa Chrystusa, a prezydenta pewnego kraju. Oczywiście nie na zawsze, ale określonej rzeczywistości, w określonym miejscu symbol krzyża został koszmarnie zdewaluowany w obiektwach kamer i na oczach społeczeństwa.
    Aby posługiwać się symbolami należy mieć najpierw pewność, że są one dobrze rozumiane, bo bardzo łatwo jasne i zdawałoby się dobrze rozumiane symbole stają się elementami magicznej rzeczywistości (to woda święcona święci, a nie Słowo w niej zawarte. nie Duch). Aby mieć pewność, że symbol funkcjonuje właściwie potrzebujemy słów i edukacji. Dopiero kiedy społeczność Chrystusowa jest wystarczająco świadoma i dojrzała – wtedy jest czas na symbole. nie odwrotnie. Nie patrzę na braci rzymian z góry, ale widzę ogrom magicznego myślenia, które jest magiczne samo z siebie, przez sam fakt wykonania czynności a nie przez działalność Boga, a to chyba nie o tak funkcjonujące symbole chodzi. Dlatego odtrącanie słów na rzecz symboli nie jest chyba właściwą drogą. Myślę, że zarówno słowa jak i symbole powinny funkcjonować razem pięknie i ŚWIADOMIE się uzupełniając.
    Pomysł nabożeństwa wigilijnego przy świecach – absolutnie świetny :)

    pozdrawiam serdecznie
    Piotr Zarzecki

  3. Pradusz says:

    Ten ‘pomysl’ liczy sobie mniej wiecej tyle lat, co chrzescijanstwo. Wigilia paschalna, dosc bezlitosnie potraktowana w przeszlosci przez zachodnie Koscioly roznych tradycji, a obecnie na szczescie powracajaca do liturgicznego kalendarza (przy czym Koscioly protestanckie ciagna sie w tej materii daleko ‘w ogonie’) stanowi jedna z najstarszych form chrzescijanskiego nabozenstwa :-)
    Czy symbol musi zostac najpierw (w domysle: werbalnie) osadzony w jakiejs rzeczywistosci? A moze wlasnie odwrotnie? Moze tu wlasnie ukazuje sie w calej swojej ‘krasie’ podstawowy blad podejscia racjonalistycznego, ktore obarcza sfere racjonalno-werbalna obciazeniami, jakich nie jest ona w stanie uniesc? Moze jest to rodzaj ‘hybris’ wlasciwej ‘Hure Vernunft’ (Prostytutce Rozumowi), jak go nazwal Marcin Luter, ktora stanowi, ze to rozum ma przygotowywac grunt dla doswiadczenia a nie odwrotnie. Piotr Hendrix, filolog i filozof religii, znawca liturgiki (zwlaszcza wschodniej) byl zdania, ze ludzi nalezy wlasnie bez intelektualnego przygotowania konfrontowac z liturgia. W Polsce podobnie podchodzil do sprawy Jerzy Nowosielski. Mysle, ze warto to wziac pod uwage, bo to swietna odtrutka na – niekiedy doprawdy nieuzasadnione – pretensje sfery rozumowej i werbalnej.
    Natomiast – jesli uwaznie przeczytal Pan moj tekst – na pewno nigdzie nie proponuje ELIMINACJI PRZEKAZU SLOWNEGO. Sam jestem kaznodzieja (i bardzo lubie te czesc mojej pracy, ktora ma miejsce na ambonie) i wielbicielem dobrych kazan i dobrej teologii. Jestem jednak przekonany, ze to one sa wlasnie wtorne w odniesieniu do symboliki nonwerbalnej i moga nam co najwyzej pomoc w znalezieniu swego miejsca w swiecie symboli. Tylko tyle i az tyle…

  4. Piotr Artur Zarzecki says:

    No cóż w taki razie z chęcią wysłucham elaboratu na temat wyżej rzeczonej Żaby. Jestem bardzo ciekaw w jaki sposób symbol ten przemawia i co zwiastuje ;)
    NIe zgodzę się z tezą że słowa są wtórne w odniesieniu do symboliki. Chrystus zchodząc na ziemię nauczał za pomocą słów. Przypowieści również są opisywane i wyjaśniane słowami… Tak naprawdę, za pomocą jakich symboli nauczał Chrystus? W jakimkolwiek momencie Chrystus wykonywał, lub produkował jakieś niezrozumiale za pomocą umysłu symbole? Wydaję mi się że nie. NIe przypominam sobie niczego takiego. Nauczanie i Dobra Nowina głoszona przez Chrystusa była głoszona za pomocą słów a nie pełnego symbolicznych odniesień tańca nowoczesnego.
    Symbol który nie jest umowcowany i nie jest opisany słowami nie oznacza nic, nie jest symbolem – jak owa Żaba, lub dwa nachodzące na siebie koła, lub dwie kreski.
    To prawda dr. Luter pisał o tym że rozum musi przygotowywać grunt dla doświadzenia i mógł to pisać bo posiadał już wiedzę, a także dlatego że wcześnie kładł ogromny nacisk na właściwe nauczanie Słowa Bożego i sam ze Słowem związany był… trudno nawet opisać jak mocno. I dopiero posiadając tę wiedzę mógł stwierdzić, że rozum ma przygotowywać grunt dla doświadczenie. To troche jak z malarstwem – trzeba mieć narprawdę dobry warsztat, doświadczenie, wiedzę i umiejętności żeby odkryć kubizm.
    Jeśli nie wiemy i nie rozumiemy symboli są one dla nas czystą abstrakcją, są rzucaniem figur geometrycznych które same w sobie żadnych znaczeń nie mają.
    Tak więc kończąc – dwa nałożone na siebie patyki czy kółka nie powiedzą nam nic póki w pierwszym wypadku nie usłyszymy Dobrej Nowiny, w drugim przypadku historii proroka Abbęca i jego Żaby. Dopiero znając Ewangelię i rozumiejąc, będąc pouczonymi przez samego Jezusa możemy się zająć symbolami, które wobec tego nauczania są wtórne.

    • Pradusz says:

      Mysle, ze w tej kwestii przyjdzie nam po prostu stwierdzic, ze sie nie zgadzamy. Dla mnie symbol krzyza nie jest wtorny wobec Ewangelii. Co wiecej uwazam, ze w rownym stopniu opowiesc ewangeliczna rzuca nan swoje swiatlo, co sama jest przez niego wyjasniana. Mamy tu wiec do czynienia ze SPRZEZENIEM ZWROTNYM, w ktorym owe dwa patyki (ktore w symbolice wielu ludow oznaczaja lacznosc pomiedzy niebem a ziemia i pomiedzy ludzmi – czy mozna sobie wyobrazic prostsze i bardziej przekonujace podsumowanie Ewangelii, anizeli to, ze Chrystus wlasnie te lacznosc przywrocil i nadal jej nowy walor?) wyjasniaja Ewangelie co najmniej w rownym (a dla mnie – przyznaje – zgola wiekszym) stopniu, anizeli same sa przez nia ‘wyjasniane’.
      Ci, ktorzy utozsamiaja Slowo z mowieniem/przekazem slownym, zapominaja, mam wrazenie, o tym, ze w rozumieniu chrzescijanstwa Chrystus nie jest przede wszystkim TYM, KTORY MOWI, lecz SLOWEM WCIELONYM. On sam – Jego osobowosc, absolutna zgodnosc miedzy slowem i czynem, poczuciem misji i jej spelnieniem, Jego znaki, Jego posluszenstwo woli ojca, ktore prowadzi az na krzyz, a wreszcie Jego Zmartwychwstanie – jest pierwszym i podstawowym symbolem, ktorym sie poslugiwal. Wobec tego zywego, wcielonego symbolu – spelnienia sie Krolestwa Bozego w osobie czlowieka – kazde slowo jest wtorne. I to Osoba nadaje sens wypowiadanym przez siebie slowom, a nie odwrotnie. A co do tanca, to pozwole sobie zadedykowac Panu (o przepraszam, chyba jestesmy ‘na Ty’, wiec Tobie) jeden z moich ulubionych hymnow koscielnych: http://www.youtube.com/watch?v=P-LCIMWH0Nc ;-) Bardzo zaciekawila mnie tez swego czasu ksiazka ‘Dancing with God’, ktorej autor stara sie wyjasnic rozne zawilosci (anglikanskiego) chrzescijanstwa wlasnie za pomoca tanca i jego symboliki.
      Na koniec moze jeszcze cos o zabie… Jestem gotow podjac sie tej proby, ale wolalbym poobcowac najpierw z samym symbolem, a nie z jego opisem slownym. Bo na tym wlasnie polega sila symboli, ze opisac sie ich po prostu nie da… ;-)

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>