Epifania

Za dwa dni przypada Święto Epifanii (ἐπιφάνεια, “objawienie”, “pojawienie się”), kończące dwunastodniowe obchody Świąt Bożego Narodzenia. W polskiej tradycji nazywa się je zazwyczaj Świętem Trzech Króli. Zmarły w ubiegłym roku holenderski duchowny, pisarz i publicysta Johan M. Pameijer pisał w swojej książce ‘De Mythe van Christus. De Zevenvoudige Weg van Kribbe naar Kruis’:

W tamtych czasach rzeczywiście żywiono przeświadczenie, że gwiazdy zapowiedzą narodziny oczekiwanego króla świata. Jakmythe żywe było to oczekiwanie pokazuje fragment tekstu rzymskiego poety Wergiliusza, który pisał już ok. 40 r. p.Ch.: „Cnotliwa Diano, bądź życzliwa względem narodzin chłopięcia, wraz z którymi zakończy się nareszcie wiek żelazny i nastanie wszędzie na ziemi wiek złoty. Twój brat Apollo udał się już na spoczynek. Boskie życie otrzyma chłopięcie i ujrzy herosów w towarzystwie bogów, by stać się samemu królem pokoju w imperium założonym przez swego potężnego ojca. Jednak najpierw, o chłopcze, ziemia uczci cię drobnymi upominkami, o które nie musiał zabiegać rolnik: gałązkami bluszczu, kwiatami lotosu, mirrą i akantem w świątecznej obfitości”.
Jak widać przybycie na ziemię boskiego króla było zapisane w kolektywnej podświadomości ludzkości. Kiedyś musiał się przecież objawić ten, który dokona przemiany, który przemieni chaos w harmonię. Zwolennicy Zaratustry oczekiwali Saoshyanta, hindusi Kalki-Awatara, buddyści Maitreyi-Buddy, a Żydzi Mesjasza. Nawet w naszych czasach nie zniknęła jeszcze nadzieja na powtórne przyjście Chrystusa. Patrzono w niebo, oczekując znaku – koncentracji boskiego światła.
Nauka dała się temu sprowadzić na manowce, poszukując historycznego znaku sądziła, że znalazła go w koniunkcji planet Jowisza i Saturna, która miała miejsce kilka lat przed rozpoczęciem naszej ery.  Mniej-więcej w tym czasie zbliżenie tych dwóch wzajemnie wzmacniających się planet miało wywołać wrażenie gwiazdy o nadzwyczajnej wielkości i sile promieniowania.
Nie zwraca się przy tym uwagi na warstwę symboliczną opowieści. Gwiazda jest metaforą. Jako przedstawienie boskiego światła, które musi zaświecić w sercu ludzkości, zapowiada narodziny archetypicznego Zbawiciela. Ma przynieść ludziom mądrość, której potrzebują, aby dostrzec, że znaleźli się w szponach głupoty. Dlatego legenda opowiada o gwieździe, która niczym błyskawica uderza w ziemię i przeradza się tam w Dziecię.
Opowieść jest przepełniona symbolicznymi wskazówkami. Jest trzech Mędrców i przynoszą oni ze sobą trzy prezenty: złoto, kadzidło i mirrę. Co noworodkowi po złocie, kadzidle i mirze? To pytanie możemy sobie oczywiście postawić. Wydaje się, że są to niecelowe upominki dla biednych podróżników, dla których, według kolegi Mateusza, Ewangelisty Łukasza, nie było nawet miejsca w gospodzie. Jednak w świetle tej archetypicznej opowieści odsłaniają one wspaniałe perspektywy. We wszystkich wymiarach wskazują na coś więcej aniżeli na to pojedyncze dziecko, które również jest symbolicznym znakiem. W swej cichej skromności reprezentuje ono całą pogrążoną we śnie ludzkość, która musi zostać zbudzona.
Te osobliwe prezenty: złoto, kadzidło i mirra, są darami, które otrzymuje każdy człowiek, gdy pojawia się na ziemi. Złoto symbolizuje boskie pochodzenie, od którego się wywodzi i przyjmuje materialne ciało. Mirra wskazuje na cierpienie, które wiąże się z życiem na ziemi. Kadzidło symbolizuje wybawienie przez oddanie się bóstwu. Te trzy upominki obejmują więc ziemskie narodziny, życie na ziemi i powrót do Boga. Liczba Mędrców również całkowicie pasuje do tej tradycji. W prawie wszystkich znanych religiach Bóg objawia się w postaci trzech zasad. Liczne przykłady z Pisma Świętego podkreślają głębokie znaczenie liczby trzy. Życiowa droga Jezusa wiedzie od trzech królów do trzech krzyży na Golgocie.
Źródło: Johan M. Pameijer, “De Mythe van Christus. De Zevenvoudige Weg van Kribbe naar Kruis”, Deventer 1998, str. 31-33.

Jednak wizyta tajemniczych trzech mędrców nie stanowi jedynej treści Święta Epifanii. Nie jest nawet treścią najbardziej pierwotna. W Catholic Encyclopedia czytamy: „Bez wątpienia ze względu na niejasność terminu „Epifania”, obchodzono w tym święcie już bardzo wcześnie w historii bardzo różne przejawy Chrystusowej chwały i boskości, a szczególnie Chrzest, cud w Kanie Galilejskiej, narodziny i przybycie Magów”. Z kolei w Wikipedii można znaleźć następujący opis początków epifajnijnych obchodów i przypisywanych im znaczeń:

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa święto to wyznaczało początek roku liturgicznego. We wczesnym chrześcijaństwie dzień ten obchodzony był na Wschodzie jako święto Bożego Narodzenia (w Apostolskim Kościele Ormiańskim jest tak do dzisiaj), a także wspomnienie pokłonu Mędrców, Chrztu Pańskiego i przemiany wody w wino w Kanie Galilejskiej. Było to święto Epifanii, objawienia się Boga całemu światu (Objawienie Pańskie).

W Kościele łacińskim święto to zaczęto obchodzić od końca IV w. jako święto niezależne od Bożego Narodzenia. Później wydzielono też święto Chrztu Pańskiego na niedzielę po 6 stycznia, a wspomnienie cudu w Kanie na drugą niedzielę zwykłą w roku C.

Dzień 6 stycznia stał się na zachodzie obecnym świętem „Trzech Króli”, które interpretuje się, jako objawienie się Boga ludom nieżydowskim, pogańskim, reprezentowanym przez Mędrców ze wschodu.

images

Relikwiarz Trzech Króli z katedry kolońskiej.

Według chrześcijan Objawienie Pańskie ma swoją symbolikę: jest pokłonem zarówno części świata pogan, jak i ludzi z różnych warstw społecznych oraz narodowych w ogóle (stąd dużo późniejsze przedstawienie Mędrców (Magów), jako trzech osób, z których jedna jest czarna, druga młoda, a trzecia stara, przed Bogiem Wcielonym. Wśród takiej rodziny ludzkiej narodził się Chrystus ze swą zbawczą misją, a ona w swych przedstawicielach przybyła z różnych stron, aby złożyć mu hołd. Dlatego w tradycji chrześcijańskiej jeden z magów jest czarnoskóry (od XIV w.). Uniwersalność zbawienia, ponad wszelkimi podziałami, zaakcentowana jest poprzez samą nazwę święta i jego wysoką rangę w Kościele powszechnym.
Źródło

Dlaczego zatem nawiązujemy w tej notce przede wszystkim, a nawet jedynie, do popularnej na Zachodzie (ale nawet tutaj nie stanowiącej jedynej treści Święta) opowieści o Trzech Królach/Mędrcach/Magach? Właśnie dlatego, że zainteresował nas jej wymiar uniwersalny. Bez wątpienia jeden z najbardziej kontrowersyjnych teologów episkopalnych ostatnich lat, bp John Shelby Spong, pisze:

Bóg nie jest chrześcijaninem, Bóg nie jest Żydem ani muzułmaninem, ani hinduistą, ani buddystą. Wszystko to są ludzkie systemy, które ludzie stworzyli, aby próbowały pomóc nam w drodze ku tajemnicy Boga. Uznaję wartość mojej tradycji, moja droga wiedzie przez nią, ale nie sądzę, aby moja tradycja określała Boga; myślę, że jedynie mnie ku Niemu kieruje.

Dla wielu takie słowa stanowią dowód niewierności wobec Chrystusa jako ‘drogi, prawdy i życia’ (J 14:6). Zapominają oni jednak przy tym, że Chrystus nie jest własnością chrześcijan ani chrześcijaństwa. Jego tajemnicy nie da się utożsamić z żadną religią ani zawrzeć w żadnym systemie doktrynalnym. I my uznajemy wartość naszej tradycji, jednak sprzeciwiamy się jej bałwochwalczej gloryfikacji, która w miejsce żywej rzeczywistości Chrystusa plasuje odnoszące się doń wypowiedzi dogmatyczne. Chrześcijaństwo wykształciło niezwykle misterny, pełen głębi, system klasycznych wypowiedzi chrystologicznych. Odnosimy się do niego bodaj z większym pietyzmem, aniżeli czyni to bp Spong. A jednak podpisujemy się również pod tymi słowami Jerzego Nowosielskiego:

Marzę, że Chrystologia wejdzie do każdego systemu religijnego. Chrystus właściwie jest poza religią… na tym polega pokłon Trzech Króli. Wydaje mi się, że jest to prorocza wizja przyjęcia Chrystusa przez religie Wschodu. Bo nie wyobrażam sobie tego na przykład, że hindusi nawrócą się na chrześcijaństwo. Raczej pozostając hindusami, poznają prawdziwą rolę Chrystusa, przyjmą Chrystusa do swojej świadomości religijnej. I na tym właśnie polega ów pokłon Magów. Hindusi przyjęli już częściowo Chrystusa jako bodhisattwę. Cała bowiem koncepcja bodhisattwy jest, moim zdaniem, reperkusją intuicji chrystologicznej. Z chwilą jednak, kiedy przyjmą Go absolutnie do swego systemu religijnego – będzie to prawdziwy ekumenizm.
Źródło: Podgórzec J., “Rozmowy z Jerzym Nowosielskim”, Kraków 2009, str. 144.

nowosielski-trzej-krolowie

Jerzy Nowosielski, Pokłon Magów w cerkwi grekokatolickiej w Lourdes

Na nieco inny, a jednak łączący się bezpośrednio z poprzednim, aspekt znaczeniowy opowieści o Trzech Królach zwrócił nam ostatnio uwagę ks. dr Sam Wells, do niedawna dziekan Kaplicy Uniwersytetu Duke’a w Północnej Karolinie, a obecnie rektor parafii St. Martin-in-the-Fields w Londynie oraz wykładowca etyki chrześcijańskiej w tamtejszym King’s College. W swojej książce ‘What Anglicans Believe. An Introduction’ powołuje się on na te opowieść jako ilustrację związku pomiędzy ludzką zdolnością ‘naturalnego’ poznania Boga i objawieniem.

Mędrcy ujrzeli gwiazdę na niebie: mamy tutaj do czynienia z językiem objawienia naturalnego. Odpowiedzieli na nie i wyruszyli w drogę do Jerozolimy. Zatem jest możliwe zostać pociągniętym ku Bogu bez Pisma. Mędrcy byli blisko prawdy o narodzinach Chrystusa – ale jednak się z nią rozminęli. Bez Pisma Świętego nie da się poznać serca Boga, spotkać wcielonego Jezusa. Gdy Mędrcy dotarli do Jerozolimy, uczeni w Piśmie zbadali je i stwierdzili, że Mesjasz ma się narodzić w Betlejem. Tutaj mamy do czynienia z momentem szczególnego objawienia. Mędrcy wyruszyli wówczas do Betlejem, aby znaleźć coś, czego objawienie naturalne nie było nigdy w stanie odsłonić: kruche niemowlę zrodzone w skromnych warunkach, a jednak ogłoszone Synem Bożym. Opowieść ukazuje więc dwa rodzaje objawienia, które, harmonijnie wyważone, prowadzą ludzi do spotkania twarzą w twarz z Bogiem. Oferuje to model dla chrześcijańskiego rozumienia innych form wiedzy, takich jak nauka, i innych form wiary, takich jak islam czy buddyzm. Lekcja, którą można wyciągnąć z historii o Mędrcach, głosi, iż powszechne objawienie może doprowadzić kogoś do „Jerozolimy”; jednak tylko szczególne objawienie może spowodować, że wykonamy tej niewielki, ale kluczowy krok w kierunku Betlejem.

Dla kogoś, kto ‘liznął’ choć trochę klasycznej refleksji chrześcijańskiej na ten temat, nie ma w takim podejściu niczego nowego. Co najmniej od czasów św. Tomasza z Akwinu chrześcijanie w taki właśnie sposób postrzegali ciągłość pomiędzy zdolnościami poznawczymi ludzkiego umysłu i objawieniem Bożym. Jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że współcześnie z jednej strony deklaruje się słowami wierność tej koncepcji (chyba że mamy do czynienia ze zwolennikiem szwajcarskiego teologa reformowanego Karola Bartha, który radykalnie negował możliwość wszelkiej ‘teologii naturalnej’), a jednocześnie na każdym kroku okazuje fundamentalna nieufność wobec ludzkiej aktywności poznawczej, jeśli odnosi się ona do sfery duchowej/religijnej, zwłaszcza gdy prowadzi to do stawiania trudnych pytań pod adresem kościelnej doktryny. Wygląda na to, że Kościoły odczuwają coraz bardziej dojmujący fundamentalny lęk przed utrata swojej pozycji monopolisty jako ‘kanału przekaźnikowego’ objawienia a zarazem kontrolera wszelkich ludzkich wypowiedzi odnoszących się do tej sfery. O ile na ogół godzą się na to, a nawet lubią podkreślać, że ludzki rozum i ludzkie doświadczenie są w stanie doprowadzić nas w pobliże Boga, używając metaforyki Wellsa „do Jerozolimy”, o tyle wydaje się, że chciałyby, abyśmy pozostawili tam nasz zmysł krytyczny i skłonność do zadawania pytań – również objawieniu zawartemu w Piśmie Świętym i Tradycji, i pozwolili się już dalej prowadzić „urzędowi nauczającemu”. Warto może przypomnieć w tym kontekście słowa abp. Michaela Ramseya, które niedawno przytaczaliśmy na blogu:

(…) tradycja anglikańska była wciąż na nowo gotowa, zachowując unikatowe znaczenie Chrystusa i Pisma Świętego, dostrzec działanie boskiego Logosu w całym świecie. Na przykład gdy ostatnie stulecie skonfrontowało wiarę w Boże objawienie z nowymi odkryciami w sferze świeckiej, jak na przykład krytyką historycznym czy biologią ewolucyjną, itd., nigdy nie twierdziła, że pochodziły one od złego. Nie, potrafiła stwierdzić, że wszystkie te rzeczy stanowią część działania boskiego Logosu w ludzkim umyśle, rozumie i sumieniu, i że możemy uczyć się od współczesnego świata, nawet tam, gdzie wydaje się on mało obiecujący, ponieważ boski Logos, który działa w świecie wokół nas, to ten sam Logos, który wcielił się w Chrystusa.

Tematyka relacji między religią a ludzką aktywnością poznawczą, która manifestuje się w m.in. badaniach naukowych, żywo interesowała również brata Pawła – ks. prof. K.M.P. Rudnickiego, zmarłego w listopadzie ubiegłego roku duszpasterza Polskiej Wspólnoty Episkopalnej, kapłana-mariawity i wybitnego naukowca. Niedługo ukaże się drukiem numer czasopisma ‘Praca nad Sobą’ poświęcony Pawłowi, a w nim tekst Łukasza dotyczący ‘goetheanizmu’ – stosowanej przez niego teorii poznawczej. Zachęcając do lektury całości, przytaczamy już teraz fragment tego tekstu:

DSC_0682

My w towarzystwie br. Pawła

‘(…), Rudnicki uznawał, że teologia polega na doświadczeniach świata duchowego. Gdyby oparta była jedynie na racjonalnym rozwijaniu tradycji, która stanowi sumę doświadczeń duchowych i komentarzy do nich, byłaby tak sucha i bezpłodna, jak nauka, gdyby straciła zdolność przeprowadzania nowych badań i dodawała jedynie przypisy do tego, co już opisano, zbadano, wykazano. Tak więc, na przykład, Rudnicki twierdzi, że dogmaty chrześcijańskie powinny stanowić przedmiot badań duchowych i że takie badania pozwoliły mu lepiej pojąć istotę tych dogmatów. Kwestionuje obiegową opinię, że nauka zajmuje się obiektywnymi faktami, zaś religia stanowi domenę opinii. Utrzymuje, że zdolność doświadczania światów duchowych jest rzadka, a konflikty opinii (których nie brak i w nauce) wynikają raczej z różnych filozofii, rozumowych ram, niż z różnych doświadczeń. Fakt, że wielu naukowców nie może przeniknąć świata duchowego wyjaśnia przez porównanie z rozmową osoby niezdolnej do widzenia kolorów i widzącej pełen zakres barw – nie jest możliwe wyjaśnienie osobie, która barw nie postrzega, czym są widziane kolory, ani nawet przekonanie jej, że istnieją. Różnica w wypadku postrzeżeń świata duchowego polega na tym, że ludzie nie widzący barw stanowią mniejszość, zaś niezdolni do postrzeżeń świata duchowego większość, oraz na tym, że zdolność postrzegania światów duchowych można nabyć, wyćwiczyć, a więc ostatecznie dostępna jest właściwie dla każdego. Odpowiadając na zarzut stawiany często „ezoteryce” – iż ta nie pozwala weryfikować doświadczeń, ponieważ polega na specjalnym przygotowaniu duchowym – wskazuje, że tylko dobrze wykształceni ludzie o odpowiednich zdolnościach intelektualnych są w stanie samodzielnie sprawdzać złożone teorie naukowe. Nawet mając oprzyrządowanie do przeprowadzania badań z zakresu, powiedzmy, mechaniki kwantowej nie można osiągnąć niczego, jeśli nie posiada się odpowiedniego przygotowania teoretycznego i zdolności umysłowych, pozwalających na syntezę i interpretację danych. W istocie ludzie zazwyczaj zakładają, że teorie naukowe są słuszne, często ufając nauce jako takiej czy kompetencji samych naukowców, a czasem ponieważ rozumieją metodologię swoich kolegów przez doświadczenie na własnym polu badawczym. Istnieje więc harmonia między nauką i religią, ponieważ zasada jest ta sama: zdobywanie wiedzy przez działanie oparte na skrupulatności i dobrej woli, przeprowadzaniu własnych badań i zaufaniu do wyników otrzymanych przez innych.’

W ten sposób rozmyślania nad znaczeniem święta, które dla wielu jest co najwyżej – równie bajkowym jak cała reszta – ukoronowaniem obchodów Bożego Narodzenia, zawiodły nas na obszary, których chyba nikt się nie spodziewał: wzajemnych relacji wiary i wiedzy, ludzkiego poznania i objawienia Bożego, różnych religii a także indywidualnego doświadczenia wiary, a nawet doświadczenia ezoterycznego. Bez wątpienia będzie co rozważać w ten weekend i w najbliższy poniedziałek…

This entry was posted in Wpisy po polsku and tagged , , , , , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply