Świętować Wielkanoc to wariactwo!

Fragment rozważania, które wygłosiłem w ubiegłą sobotę na wieczornym nabożeństwie paschalnym mojej wspólnoty ekumenicznej, Kritische Gemeente IJmond. Hasłem przewodnim nabożeństwa było “Żyć jak nigdy dotąd”.

Trudną prawdą o tradycji judeochrześcijańskiej jest, że narusza ona wszystko, co postrzegamy jako godne zaufania, racjonalne, normalne. Ona jest abnormalna! Faraonowie10265597_685589688167792_4764716156748951771_o tego świata nie pozwalają, by tak łatwo odbierano im niewolników (pomyślmy choćby o Putinie!). Biedni kaznodzieje wędrowni, jak Jezus, zazwyczaj nie zmieniają biegu historii. Trafiają raczej na jej śmietnik i popadają w zapomnienie. Taki jest ten świat, zaś każdy, kto postrzega go w inny sposób, nie wyrósł jeszcze, jak widać, z krótkich spodenek. I nie myślmy, że coś sobie ułatwimy, zmieniając nazbyt dosłowne podejście do opowieści paschalnych na bardziej metaforyczne czy „uduchowione”. Myśl, że Jezus żyje w oraz przez swoich uczniów i naśladowców, jest właściwie równie problematyczna jak wizja otwartego, pustego grobu. Jedynie wydaje się nieco mniej szokująca, nieco łatwiejsza do pojęcia…

Jednak Wielkanoc to właśnie niespójność. To przełom, to eksodus z takiego świata, jakim on jest, ze świata dorosłych, w którym bez przerwy szacuje się prawdopodobieństwo wydarzeń i stara właściwie ocenić skutki swoich działań. Wielkanoc jest wezwaniem do budowania na najmniej prawdopodobnym, najmniej zaufanym, najsłabszym fundamencie. Fundamencie, którego nie da się inaczej opisać aniżeli za pomocą wypowiedzi, będących z logicznego punktu widzenia czystą niedorzecznością. Świetnie wyraził to starożytny teolog Tertulian słynnymi słowami „wierzę, bo to niedorzeczność”. Wielkanoc oznacza wyjście. Wyjście z rzeczywistości, którą da się przewidzieć. Z rzeczywistości, którą można dowolnie kształtować, jeżeli dysponuje się wystarczającą władzą. Świętować Wielkanoc to wariactwo. To żyć wizjami, o których wiemy, że się nie spełniają. Wyruszyć w drogę, wiedząc, że nie osiągniemy celu. Rzucać wyzwanie systemom, które mogą nas z łatwością zmiażdżyć. A w końcu rzucić w twarz śmierci: „co prawda nie mam bladego pojęcia, co to znaczy, ale i tak jestem przekonany, że ŻYCIE JEST SILNIEJSZE NIŻ TY!” Chcemy żyć „jak nigdy dotąd”? W takim razie jest to jedyna droga. Tak bowiem jeszcze nigdy nie żyliśmy, tak jeszcze nigdy nie żyłem. Ostatecznie bowiem uwierzyłem we wszystkie te historie, za pomocą których usiłowano wyjaśnić mi, co to znaczy być dorosłym, i zacząłem ostrożnie podporządkowywać się panującym w nich prawom. Jedynie to, co wydawało się możliwe, było możliwe. To oczywiście samosprawdzająca się przepowiednia, jeżeli z góry lekceważymy to, co wydaje się niemożliwe. Wielkanoc jednak zdaje się mówić: „dlaczego nie wypróbować tego, co niemożliwe, skoro to, co możliwe, i tak nie działa?”. Pamiętacie jeszcze: „Pozwólmy rządzić wyobraźni”?* A właściwie jeszcze gorzej: to, czego nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powinno nami kierować  – “biała plama”**, “babska gadanina” Marii Magdaleny… Obdarzeni wolnością niewolnicy, którzy okazują się ludem wybranym, aby świadczyć, że Bóg nigdy nie stoi po stronie poganiaczy niewolników. Zmartwychwstały bezsilny wyrzutek społeczeństwa, którego, z największym możliwym nieposłuszeństwem, zaczęto nazywać Synem Bożym, aby pokazać, że tylko On jest Panem, a nie potężny cesarz w Rzymie…

*„Pozwólmy rządzić wyobraźni” było hasłem pierwszego naprawdę progresywnego rządu w historii powojennej Holandii, który w latach 1973-77, pod kierunkiem przywódcy socjaldemokracji Joopa den Uyla, stworzyli socjaldemokraci, radykałowie, postępowi demokraci i dwie partie konfesyjne – katolicka i protestancka.

**Określenie biała plama jest nawiązaniem do słów współczesnego teologa luterańskiego, Marcela Barnarda. W książce „Wat het oog heeft gezien” przybliża treść apostolskiego wyznania wiary, czerpiąc inspirację z arcydzieł światowego malarstwa. Rozdział poświęcony zmartwychwstaniu zainspirowany jest freskiem Giotta di Bondone Nori me tangere. Barnard pisze w nim: „Rzeczywista Pascha wymyka się postrzeganiu. Niczego nie widać. Nie da się więc również niczego sobie wyobrazić poza pustym miejscem, białą plamą. Zmartwychwstały u Giotta zmierza właśnie w tym kierunku”.

Posted in Wpisy po polsku | Tagged , , ,
Leave a comment

Treason and traitors…

Polska wersja tego rekolekcyjnego rozważania znajduje się tutaj

This is the second reflection I wrote for the website tezeusz.pl (here you can find info about it in English) upon today’s readings. It is a part of their “online retreat” series for Lent.

Although I was taught not to mix narratives of different Evangelists, I cannot help but turn to Johan Sebastian Bach’s “St Matthew Passion” when reading John’s announcement of15JKUBACKI Judas’ treason. I associate Lent inextricably with two things: my favorite daffodils blossoming and the “Passion” of Bach – “the fifth Evangelist.” (Here you can listen to one of my favorite renditions – conducted by Stephen Cleobury.)

So also this time I read John’s story with Bach’s masterpiece sounding in my ears, even though the cantor from Leipzig wrote also “St John’s Passion,” which however never fascinated me in the same degree. ..

Listening to the “Passion” used to be for me in the first place a family event – a certain household ritual. In his modest record collection my grandpa had a recording of the “Passion” conducted by Günther Ramin in 1941. Later when I learned about various complexities of history, I imagined the boys from the magnificent St Thomas Choir in Leipzig that sang it wearing Hitlerjugend uniforms, which made the experience even more dreadful. Today I know that the Choir management succeeded in obtaining an exemption from membership in this organization for the singers, but it surely wasn’t able to isolate the boys completely from the influence of the ideological poison which penetrated all areas of life in the III Reich. What did they think when expressing by song the indignation and wrath at the traitor? (With the same passion and bravura as their successors in this recording from the 1990s?)

Did they associate “das mördische Blut” (“the murderous blood”) with the refrain of the nazi song they must have heard multiple times?

“Wetzt die langen Messer auf dem Bürgersteig,
laßt die Messer flutschen in den Judenleib.

Blut muss fließen knüppelhageldick
und wir scheißen auf die Freiheit dieser Judenrepublik”

(“Sharpen the long knives on the pavement,
let the knives slip into the Jew’s body.

Blood must flow, a whole lot of it,
and we shit on the freedom of this Jew Republic.”)

Not without a reason the Good Friday was a terrifying day for European Jewish communities. The fanatic “Christian” mob would organize bloody pogroms – heated by anti-Jewish messages that were abundant in liturgies, sermons and folk “Passion plays.”  Why do I write about this? Because I believe that we must never stop reminding ourselves that religion not only doesn’t protect against committing horrible crimes, but often induces them. Although there is surely a vast quality difference between Martin Luther’s anti-Judaism and the atrocious anti-Semitism of the national socialists, in practice the first undoubtedly often transformed easily into the latter. Did the magnificent chorals of the “Passion,” rediscovered by the German composer of Jewish descent, Felix Mendelssohn-Bartholdy, prepare the ground for songs about slipping knives “in den Judenleib?” We could have a very long discussion about this. But regardless of the outcome of this discussion, I think we can make one conclusion. Religiosity, regardless of how deep and genuine it is, doesn’t guarantee that people will act in a humane manner. When depraved of the humanistic element, the awareness that the human being – and their commonwealth – is indeed the “measure of all things,” it may initiate crimes. Not only doesn’t religion protect against anything. It also needs a “humanistic correction” itself – continuous reminding that it is the face of the other in all its openness and vulnerability that reveals God to us, constantly pleading: DON’T KILL ME, DON’T HURT ME, like Emmanuel Levinas emphasized. I think, by the way, that it’s a good topic for Lenten reflections and examination of conscience. And I think it may have more to do with the story of Judas’ and his treason than we would suspect at the first glance…

Regardless of all these remarks and reflections, I’ve always seen the “Passion” as something personal. Especially after the death of my grandparents it sounded “only for me,” like daffodils blossomed “only for me” on my birthday in April. How great was my surprise when I realized after moving to Holland that here it is listened (and often sang) by… almost everyone, completely irrespective of their worldview. In a country where people asked about their denomination most often respond with “I’m nothing” or “I’m pagan,” millions go each year to concern halls and churches in order to listen to the “Passion” for three hours, and thousands take up the discipline of rehearsing for many months in order to take part in one of the multiple amateur renditions in the country. (Even if they don’t sound so perfectly as this wonderful version conducted by Tom Koopman, of course.) This way, through the “fifth Evangelist” and the admirers of his masterpiece, its Gospel message truly becomes “a light for the Gentiles” (see Isaiah 49,6),  demonstrating at the same time that Jesus Christ and his story don’t belong to any single religious or church tradition. The experience of performing the “Passion” with people who in a large part don’t have and don’t won’t to have anything to do with institutional Christianity, and still experience it in a very profound manner, is a great medicine for imposing any limits on Him. He will always destroy the limits from within – for example by the power of Bach’s music. A Dutch journalist who died a few years ago, Martin van Amerongen – a typical example of a left wing liberal intellectual (“to make it even worse” of Jewish descent), so a kind of a wicked wizard from fairytales for very naughty kids told by the religious right of all kinds – was a great expert in Bach’s works. He told an interesting story in his great essay about the “Passion.” For decades the best known Dutch rendition of Bach’s masterpiece was the “Passion” (performed with great solemnity and pathos) conducted by Willem Mengelberg. (You can listen to it here.) The performance began at 7:30 pm on Fridays. Amsterdam Jews would celebrate then the beginning of Sabbath at the near Synagogue. Immediately after the service they would go to the concert hall – with the rabbi and cantor leading them – to listen to the “Passion.” Although they were always late for the first choral, they made it before the first recitative of the Evangelist…

As we talk about the universal character of the story of Jesus, we have to say that the topic of treason is among the most universal themes it contains. I don’t know if there is anyone who can say that they never betrayed anyone or anything: somebody else, oneself, some conviction. Perhaps my vision of the human condition is overly pessimistic, but I honestly doubt that’s the case. In any case I cannot say this about myself. Bach, together with his lyrics writer (for Mr. Picander, in everyday life the head of the Leipzig post office, doesn’t rather merit the title of a poet), found a sophisticated way to emphasize that no listener should think the story is not about them. When Jesus proclaims that one of the present will betray him, the question “Lord, is it me?” is asked eleven times. Only Judas doesn’t ask it. He will do it a bit later. But even before he brings himself to ask the question, the choir already has the answer – in the choral “Ich bin’s, ich sollte büssen.” (“It’s me, it’s me who should be punished,” which can be found here.)
Like in Greek tragedies, the choir speaks here on behalf of us all and on behalf of us all confesses guilt. This confession gives a peculiar dimension to the outburst of wrath at the traitor (“’Sind Blitze, sind Donner in Wolken verschwunden?”) which I mentioned at the beginning, but which comes a little later in the “Passion”, after the arrest of Jesus. When the choir calls for hell to open its abyss and devour Judas, in the light of the earlier confession of guilt it calls… for itself to be punished (and thus for us all). The natural mechanism of looking for a “scape goat” often obscures this. It’s the “others” who are always guilty: the Jews, the Muslims, the liberals, the Freemasons, the left or the right wing. Yet Bach and Picander try their best to make this impossible for us. It is us in the dock. Moreover, we are pleading guilty…

This makes it all the more important to ask the question which has been bothering me for many years: WHAT ACTUALLY DID JUDAS’ TREASON CONSIST IN? Judas brought the servants of the archpriest to the Garden of Olives, where Jesus was praying, and pointed him with a kiss. A dramatic moment, certainly, but, from the point of view of the logic of the story, was it truly necessary? For Jesus wasn’t unknown. Recognizing him, even in the dark, wouldn’t be that difficult.

Another, perhaps more important question is WHAT MADE JUDAS DO IT? In any case not greed. The infamous 30 pieces of silver were worth so little that they look more like an excuse than a true motive for treason. So what was it REALLY about?

Personally I don’t ascribe low motives to Judas (such as for instance Peter’s when he denied Jesus out of simple fear).  I see him rather as someone completely devoted to his Master and unfalteringly believing in his power. His attitude is the attitude we often identify with true faith, unfortunately: based on the conviction that God is almighty and everything will be well if it only pleases him to “turn to action,” like at the touch of a magic wand. And this is what Judas tries to cause: Jesus, the Messiah of God, should finally start acting. Confronted with the might of the archpriest he will finally have to use his own might and crash his servants. For aren’t there in the Bible visions of a vengeful God turning into dust the enemies of the chosen people? Judas not so much betrays as provokes – to action. His desperate deed is in reality a cry: “DO SOMETHING FINALLY, DEMONSTRATE YOUR MIGHT!” How deep must his disappointment have been when he realized his plan failed. Jesus let himself be arrested and led “like a lamb to the slaughter.” Who doesn’t know the disappointment when it turns out that our faith doesn’t solve anything, doesn’t help, doesn’t serve anything concrete? That the fact we stand “on the right side” doesn’t guarantee a “happy end.” For the God Jesus calls his Father doesn’t grant victories but GIVES “ONLY” HIMSELF. He takes the side of the oppressed, but only as one of them – meaning to wake up the conscience of the oppressors by his vulnerability. In the “Passion” Judas finally understands this truth, which makes him sing the moving aria “Gebt mir meinem Jesum wieder” (“Give me back my Jesus”), which comes as tough from the other world, because the Evangelist had already told us about his suicide. (You can listen to it here beautifully sang by Walter Berry in 1971.)

And what about us? Do we see our faith as a sort of an “insurance” for ourselves, or are we able to accept that Jesus doesn’t want to be a Messiah who fights and conquers his (or actually our) enemies and grants victory to “our team?” Will we let him surprise, be truly different – as a Messiah for all – in order for salvation, in accordance with Isaiah’s prophecy, to reach to the ends of the earth, go beyond all limits and encompass all reality?

Posted in English entries | Tagged , , ,
Leave a comment

If you don’t believe that I AM…

Polska wersja tego rekolekcyjnego rozważania znajduje się tutaj

I was asked to write a reflection for the website tezeusz.pl (you can find info about it in English here) upon tomorrow’s readings. It is a part of their “online retreat” series for Lent.

The accustomed ears of the first listeners easily picked up from these words something that for us is no longer that obvious – the reference to the mysterious NAME OF GOD,08JKUBACKIAgias_Triados_frescos_cross which resounded for the first time from the ‘burning bush’ when the Holy One revealed himself to Moses, sending him to lead the people out of slavery: JHWH – I AM…

In the course of the ages the NAME was made into a philosophical statement: ‘I AM WHO I AM,’ thus ‘I take my being only from myself’ or ‘I am being as such.’ It’s worth asking, however, of what use were ontological speculations to Moses? When a mission of liberation is given to someone, is their first need to look into the mystery of being? Or is it rather true, like some claim, that the basic message of the NAME was far more practical: God wanted to assure the one he sent that he would accompany him and the people in their upcoming wanderings through the desert? So: I WILL BE WHOM I WILL BE, I WILL BE WITH YOU EVER AS THE COMPANION OF YOUR JOURNEY, WHEREVER IT TAKES YOU!

In the ecumenical congregation where I’ve been ministering for almost nine years we finished yesterday another series of ‘household conversations,’ this time about ‘Where our faith has lead us?’ I listened for three consecutive days to stories of my ‘parishioners’ about their lives, experiences, choices and trials. The biggest impression made on me the question asked by a certain lady of about 80 years old: ‘It’s all very nice, but how can we EXPERIENCE it?’ From many conversations I had with her during the last couple of years I know that on the one hand she must be called a truly ‘spiritual’ person, and on the other she’s still struggling with what many mystics have gone through: ‘the dark night of faith,’ where ‘the heavens are closed’ and ‘God is silent.’ She existentially experiences that she is ‘from below,’ from ‘this world’ and doesn’t have immediate access to the other dimension of reality which she longs for. It is very easily to dismiss this experience with cheap, worn up declarations, but it can also be seen as a special gift which is supposed to open us up for a difficult mystery.

In St. John’s Gospel Jesus says ‘If you don’t trust (for such is the original meaning of the word ‘believe’) that I AM/WILL BE [WITH YOU], you will die, missing the goal (because to miss the mark/goal is the basic meaning of the word ‘sin’). I’ve believed for a long time that it’s not about the moment of physical death. One can also ‘die’ in the midst of life, losing faith in its meaning and goal. Jesus points to the fact that if we don’t trust that God is present in our lives, we will die – succumbing to the conviction of the pointlessness and meaninglessness of everything. But the words the Evangelist had Jesus say tell us something more. This presence is inseparably related to him. And here lies a good opportunity for all who would like to make these words into a weapon against others. ‘See,’ they say barely concealing triumph, ‘It was clearly said here that you have to believe in Jesus as the Son of God, the only Savior, the Second Person of the Holy Trinity!’ And faith understood as trust turns into faith consisting in accepting a bunch of doctrines into which the original existential experience was turned in the course of the Church’s history. Maybe that’s not the point? Maybe we should stop burdening the Evangelist’s words with all the meanings ascribed to them by dogmatics, and try to get to the original experience?

The original experience of Christianity is the experience of God’s closeness in the human being. Not in some special ‘sacred circumstances,’ not in ‘signs’ that make us fall on our knees in awe, but in the human being: the neighbor, one of us – Jesus of Nazareth. Of course, this experience was from the outset put into hundreds of different statements and ‘clarifications,’ which gave birth to what we call the church doctrine (and actually a whole series of mutually exclusive doctrinal statements of which some have been judged ‘right’ and some ‘false’). But the point is that we must not forget that it is not doctrine that saves. It is not doctrine that saves and liberates us, but the basic experience behind it, the experience of the closeness of the Holy One. A peculiar closeness, for… a human one. Not some exceptional – divine – one, but an ordinary, everyday presence of another human being, which was made real in Jesus of Nazareth for his disciples, and is still made real in everyone who reflects something of his life in their lives– consciously following his example or simply putting into practice his dream concerning us all, the whole reality – the dream movingly (though maybe a little too lofty for our taste today) expressed once by Karol Grycz-Smilowski:

He [Jesus] dreamed a beautiful vision of a new man and a new society that is finally aware of the spiritual foundations of being and doesn’t leave its dark caves of sinister systems in order to prey only, but will make its aim the highest of spheres.

But when we say that it was in him – this particular man from Nazareth – that God came as close to us as possible, we cannot forget what happened to him. ‘When you have lifted up the Son of Man, then you will know that I AM.’ The reading from the Book of Numbers gives us the first hint about what happened. The people wandering through the desert were being bitten by snakes.  The Lord told Moses to make a bronze snake and put it up on a pole. Everyone who looked at it was healed and lived. The story brings to mind the way sympathetic magic works, whose echo remains for example in homeopathy. But the word ‘pole’ brings too mine something else: the cross on Calvary. ‘Wait a moment,’ someone could say, ‘I’ve always thought that the cross was rather a tool of humiliation, degradation, and here it’s spoken of UPLIFTING/ELEVATION?’ I would like to quote here Fr. Jerzy Klinger, a renowned Polish Orthodox theologian untimely deceased in 1976:

In reality, if we consider their meaning as a ‘cosmic’ event, the Cross and the Resurrection make an inseparable whole in the New Testament … We find this truth expressed by St. John even better than by St. Paul when he speaks of the Passion of Jesus as the ‘hour’ of his ‘glorification.’ ‘The uplifting of Jesus is for John at the same time and in the same degree his elevation on the Cross and in glory.’

This intuition of John is movingly shown in icons. In them, the Crucified one is not depicted dying or already dead, as is often the case in the West. In icons Jesus is not dying but ‘dancing’ – already experiencing the ‘great mystery of faith,’ which proclaims that death never has the last word if you live like he did – sharing your life with others until the very end, making it nourishment for others. The Good Friday, remaining a tragic event, reflecting not only the fate of Jesus but of all who fall prey to ‘sinister systems,’ in its deepest sense already is Easter and the Ascension.

This vision corresponds to the experiences of first Christians. A few days ago I received the latest issue of the Dutch Mennonite journal ‘Doopsgezind.nl,’ and found there the article ‘Is Easter a Feast?’ The author writes:

The Christian Church of the first centuries was formed by a minority, often a persecuted minority. It didn’t have anything to celebrate except for the power of the crucified Christ. There was no glorious victory over anything, but a deep faith that Jesus, the Crucified Jesus, didn’t succumb to the might of the powerful. As we read in the story of Jesus’ temptation in the desert, he renounced egoism, riches, power. And thus gained the upper hand of the devil.

We have to do with an amazing paradox here. Jesus is victorious, because… there is no victory, at least not in the categories of this world. His victory, the only victory, is the moral victory of someone who shows with their life that we really don’t have to ‘leave the dark caves of sinister systems to prey only,’ that we can, in accordance with God’s dream, be human with others and for others, share our life, truly forgetting about ourselves and our egoistic interest. But such a victory is ‘celebrated’ only on the cross, for we have made the world a place where only the powerful and fit win, if only they use their power with skill…

Let us now try and combine this all into a picture. Jesus calls that we trust God’s NAME. That is, trust that the Holy One will be present in our lives, will accompany us in our journey. Yet this presence – contrary to what we may expect – is not the presence of a God who miraculously helps us solve our problems, but the presence… of a human being. God is present in the human way and no other. This is what we discover in the man from Nazareth: the humanity of our God. The God shown to us by the Scriptures, the one Jesus calls his Father, of whom he feels inseparable, actually doesn’t want to be God. His dream, his goal, is to be a human being – as human as possible. And there comes the time to take the last step: on the one hand logical, and on the other extremely difficult. It is this humanity, because it’s so fulfilled, complete, lived to the very end, to its limits, that leads directly to the cross. It finds its culmination in the cry: ‘My God, my God, why have you forsaken me?’ There is no God anymore – no  God of our expectations and dreams, a God who can be useful, solve anything for (and instead of) us. There is the loneliness of a dying man who confirms his faithfulness to humanity by his death – the humanity God dreamed of. The heavens are closed, God left his throne and allowed us to nail him to the pole of humiliation. Good Friday – with its stripped altars, the open empty tabernacle – is the peak of God’s revelation in our lives! And at the same time it reveals, more clearly than anything else, what being human is about: being thrown into this world without consent, torn by doubts, lonely and (sometimes) transcending loneliness by attempting to enter into a relationship with an other in the hope that it will finally be a long-lasting, profound relationship. For it is through this that our way to the ‘highest of spheres’ leads, whatever they mean…

No, what I wrote is not an answer to the question my ‘parishioner’ asked. These reflections I direct in the first place to myself. This Lent is for me a time I truly experience as wondering through the desert – of the painful necessity to abandon dreams and plans which have given meaning to my life the last couple of years, a time of returning to what I believed until recently I had left behind me for good. Everything is upside down. Nothing is as it seemed. What is left? Faithfulness to oneself and the hope that the void that surrounds me is the way God reveals himself in my life. A human God, weak and confused as myself, but faithful. For he cannot renounce his NAME…

Posted in English entries | Tagged , , ,
Leave a comment

Freedom on Common Ground – a Few Words About the BCP

A few days ago I posted this funny cartoon on Facebook. I was very much surprised by a commentary written under it:1948140_541112879337023_746276270_n

I often see on your Facebook page memes depicting Episcopalians perpetually looking for something in a book (I even remembered that it’s “The Book of Common Prayer” because of them). Only I don’t know what it’s about; does it present Episcopalians as people having instructions and guidelines for every function and action in life? What is this about?

For a moment I was speechless. Is it possible that somebody really thinks of us as people “having instructions and guidelines for every possible function and action in life?” After a moment’s consideration I concluded however that it’s not something to be surprised by. The special relationship of Anglicans and their Prayer Book can cause misunderstandings, especially among people who had not come in touch with Anglican spirituality before. So I decided to write a few words about it.

A church without qualities?

In the years 1921-1942 the Austrian modernist writer, Robert Musil, wrote the novel “A Man Without Qualities.” Its main character, Ulrich, is a man without a clear identity, clearly defined individual features, or perhaps in a strange way indifferent to them. Sometimes Anglicanism is described in similar terms. To a degree it is correct. I talked about this in the sermon preached at the retreat of the Polish Episcopal Network in Kiekrz near Poznan in September 2012:

One of the reasons we have gathered here is to learn about the Anglican tradition. So there is nothing strange in the fact that as the hosts, yesterday and the day before yesterday, we have been confronted with questions about the “specificity” of this tradition, about its characteristic elements. What do Anglicans believe in?  What is their position on this or that issue? How do they pray? This all comes down to one basic question: What is Anglicanism actually? Step by step it became clearer and clearer that the characteristic feature of Anglicanism is… that it has actually never wanted to have any characteristic features, that it simply wanted to be Christian – in a sense without predicates, without redundant defining features. And when some predicates were used, they actually pointed at the impossibility of putting on us any label known from the history of the church. So we talked for example about the Anglican churches being (both) Catholic and Reformed. Catholic, because they stress the continuity of the Christian tradition since its very beginning, and Reformed, because they are aware of the need to deal with it with criticism, which is exemplified not only by the 16th century Reformation, but also many subsequent reforms and changes. If we fulfilled our task well, in the course of these conversations one more thing should have become apparent – that, according to Anglicans, the question about what Christianity is can be often not answered otherwise but by another question, which then in its turn brings forth yet another question, etc., etc…

People seeking “hard identities,” expecting the church to give them answers to all possible questions, will be without a doubt disappointed at the Anglican way of being Christian. Against the background of other Reformed traditions, Anglicanism is distinguished by the lack of documents such as the Augsburg Confession, the Second Helvetic Confession, Luther’s Small and Large Catechisms or the Heidelberg Catechism. That is why it’s often difficult for us to define our church’s peculiar features. But the problem is not that there are none! Contrary to what may seem, the Anglican Churches are not “Churches without qualities.” The thing is that they are not to be found in any doctrinal document. Their medium and form of expression is the liturgy – the way we worship together “in the beauty of holiness.” Anglicanism can be seen as an incarnation of the ancient principle “lex orandi, lex credendi.” (Paraphrasing: “the way you pray is the way you believe.”) In this regard it has a lot in common with Orthodoxy. As often as one hears the words “Orthodoxy is liturgy” one hears the statement of the Archbishop of Canterbury Michael Ramsey (1904-1988) who said that Anglican theology “is done to the sound of church bells.” That is why our “symbolical book” is not a confession or a catechism but a prayer book.

So far so good, but in practice it turns out that the Anglican commitment to the BCP leads to misunderstandings.

Is it really a “prayer book?” 

Perhaps we should start with the name. What do we associate the word “prayer book” with? I have a strong impression that most Polish people upon hearing the word see a book with more or less kitschy “holy pictures” sticking out of it, laying on the shelf beside grandmother’s wool hat. I’d like to emphasize that, the irony notwithstanding, it is not my intention to offend anyone. The point is only that theDSC_0664 book we call the BCP is – despite similarity of names – something else. Already at the first glance you can see that it combines features of a breviary and a missal, but contains also a range of elements exceeding those categories. Sometimes it seems to me that it would be more appropriate to speak about it as of “an Anglican’s vade mecum/handbook/manual,” containing the minimum of what you have to take departing on “the Anglican journey.” So the term “prayer book” does not cover all that it is, but the fact that this minimum has a form of a collection of liturgical prayers, and not for example a theological treatise, is very meaningful. For it shows that from our point of view it is fundamental that prayer shapes doctrine, even though we are aware of the mutuality between doctrine and liturgy (that is, that they influence each other).

Misunderstandings and problems

The fact that somebody I know recently interpreted this as an expression of depreciating theology’s role in the church surprised me no less than the commentary on Facebook which inspired me to write this text. Theology is very important to that person and this made him distance himself from the words we wrote in the information leaflet of the Polish Episcopal Network:

The specificity of Anglicanism is based on liturgy rather than on theological speculations. That is why the only really appropriate answer to the question what Anglicanism is about is: come to our service in order to “worship the Lord in the beauty of holiness” (Psalm 28). You’re welcome!

My surprise resulted in the first place from the fact that I too consider myself to be a man for whom theology is very important. Before I used to meet rather with the accusation of being “too much a theologian” than with the suspicion that I depreciate the meaning of theological reflection. The Anglican tradition, even if it didn’t give birth to that many theologians comparable to Luther, Bonhoeffer or Barth (but also in continental Protestantism they weren’t born daily!), doesn’t question the value of good theology to the church too. Not without a reason at the conference of the Polish Episcopal Network in January we devoted so much attention to the formation of our leaders, including theological formation. Although it’s not only about education, there is no doubt that even in our difficult Polish circumstances that put certain limits on us in this regard, the Polish Episcopal Network doesn’t want to be a community where will alone, without any preparation, is enough to become a leader. Despite all difficulties, we feel obliged to realize what Bishop Pierre Whalon of the Convocation of Episcopal Churches in Europe wrote some time ago:

Another aspect of the Anglican method is an emphasis on education and scholarship. Of course, we share this with other Christians: a church that does not teach is no church at all. But our peculiar approach to tradition requires communal reasoning, and we think this must be as widely informed as possible.

It has always been important to Anglicans that this emphasis on education and scholarship shouldn’t regard theology alone. That’s why the Anglican method has often made the impression of being strongly rooted in general humanistic reflection, in literature, art, poetry or sciences. But it certainly doesn’t mean depreciation of theology as such. What then did we want to express by the statement that caused doubts and even rejection? In the first place the fact that there is no single Anglican theology. There are many and from the very beginning they were done in a possibly broad ecumenical context – in dialogue with representatives of other traditions. And precisely because of this variety no single one of them can be seen as a distinguishing feature of Anglicanism. But all their authors, proponents and opponents, were and are united by one thing – a common liturgical tradition.

Last year eight years passed since I began my ministry in the ecumenical base community Kritische Gemeente IJmond in the Netherlands. The history of the base movement is inseparably bound to changes in the liturgy. It can be said, of course simplifying the matter somewhat, that its first representatives were the most eager proponents of the post-Vaticanum II liturgical reform in the Roman Catholic Church. In any case the freedom of approach to traditional liturgical forms, including their thorough revision or even complete rejection and replacement by new ones, became one of the leading slogans of the base movement. The possibility to depart from traditional liturgical forms, even if in their place came nothing or an intuitive commitment to forms developed by the KGIJ itself in the course of the forty years of its existence, is for most members a litmus test of freedom as such. Already from the way I write about it you can certainly see that I have doubts regarding this approach. And indeed: the encounter with the base movement was the impulse that pushed me towards the Anglican tradition, which has a different approach to the liturgy. What does “different” mean, though?

People who see the Episcopal Church in the first place as liberal, giving its members lots of room for their own spiritual search, are surprised by a certain “liturgical rigidity” they encounter in the Polish Episcopal Network. It cannot be ruled out that it is due to a kind of “neophyte zeal.” If we chose Anglicanism, we try to do everything “properly” and perhaps not always fully use all possibilities of creative use of the liturgy. It is in any case something we should think about, in my opinion. But on the other hand I believe that one should first work out certain habits, and only then – consciously – perhaps depart from them. Be it as it may, Anglicanism understood as the Polish Episcopal Network understands and practices it undoubtedly won’t find favor not only in the eyes of the seekers of “clear answers and unquestionable truths.” Also people who treat the liturgical “play” in the first place as a set of limiting rules and boring, soulless forms won’t find it easy to find their place among us, unless they are ready to revise their  approach.

This said, I would like to emphasize that we think itbookofcommonprayer important that the liturgy remains, according to the original meaning of the word, a work of the people, not protected by any taboo. Please read these words as an encouragement to speak to the officiants when you think that I or the others forget about this. This doesn’t change the fact, however, that Episcopalians certainly won’t become proponents of replacing traditional liturgical forms with improvised prayer, which results not from rigidity but all I wrote above the meaning of liturgy as the medium and keystone of the Anglican tradition. A Lutheran or a Presbyterian, even if they feel to a degree bound by the liturgies of their churches, have it easier to depart from them, because they can always say that what they do doesn’t violate the content of their symbolical books. Also a Roman Catholic can allow himself a significant outburst of “creative diarrhea” in the liturgy (which doesn’t mean they should) as long as they don’t violate the dogmas of their church. Anglicans, however, don’t have either symbolical books or THEIR OWN dogmas (only accepts the teaching of the ancient church). They only have their “handbook.” The key to understand the meaning of the BCP in the Anglican tradition is, I think, this very fact that it is much more than only a prayer book. Perhaps its worthwhile to ponder on this in the group of translators of the BCP into Polish. Shouldn’t we look for another word to express the content and importance of this book?

As we have it about the title, we should also notice its another aspect. It is a book of COMMON prayer. What it tries to regulate pertains thus to the official worship of the COMMUNITY. Of course the BCP can also be used by individuals and it’a a good Anglican custom. Not without a reason Bishop Pierre Whalon said at our first conference that an Anglican is someone who prays from the BCP. On the other hand we should always remember that the Episcopal Church doesn’t tell anyone how their personal prayer life should look like. It only tries to unify forms of common worship. There is absolute freedom, for example, with regard to prayers with which each of us begins or ends our day and no church body will ever attempt to limit this freedom.

I would like to say a little more about another aspect of this freedom. Reading the BCP, and especially using it as it was meant to be used, we’ll easily notice that its so called “rubrics,” which fulfill a role similar to stage directions in a play, instructing how we should celebrate the liturgy, are very often suggestions rather than rules. So also an officiant who keeps to the rubrics still can make a lot liturgical choices of their own. In the Polish circumstances it is still not visible enough, because the translation work is going on and many liturgical and prayer “options” are not available in our language yet. We hope that once the Polish version of the BCP is completed, it will become clearer in how many ways we can shape the liturgical life of Polish Episcopalianism not exceeding the limits defined by the BCP – which are indeed very broad.

And will there come a moment to create a Polish Book of Common Prayer, which wouldn’t be a translation? At the January conference of the Polish Episcopal Network Bishop Pierre drew a broad perspective for the development of the Network. In the long term it should lead towards establishing an Episcopal Church in Poland in its own right. Such a church could of course take up the difficult task of composing its own book of prayer.

There is no single Book of Common Prayer

This last theme leads me to something I should have maybeimages began with. The point is namely that talking about a single Book of Common Prayer is actually equally misleading as talking about a single Anglican church, which is alas still often the case. As there is no single church, but a communion of 38 local Anglican churches, there is likewise a whole family of Books of Common Prayer with many branches. They all have one ancestor in the Book of Common Prayer composed by Archbishop Thomas Cranmer in 1549. Then the BCP underwent many changes, which led eventually to the 1662 version, until this day officially used in the Church of England. Over time came new local Books of Common Prayer, which started new branches of the BCP family. The 1979 American BCP, which we use in the Polish Episcopal Network in Polish translation, comes from the first BCP used in the Episcopal Church from 1790. It was based on the English edition of 1662 and the Scottish liturgy from 1764. Over time several revisions of the text were made, which led to the 1979 edition. It should be added that in Anglicanism a once authorized text can be thenceforth used always, also when the church introduces a new liturgy. So Anglicans don’t need special “indults” to use old rites as is the case in the Roman Catholic Church. So for example in the Hague parish of the Church of England on every first Sunday of the month the Holy Communion is celebrated also from the 1662 BCP – and we try to be there as often as possible. Interestingly, this liturgy has a “Polish trace,” for the Polish reformer John a Lasco (1499-1560) influenced the shape of the BCP. It is because of him that the Anglican liturgy contains the Ten Commandments, which, alternating with the Commandments of Love, are the Summary of the Law used to “examine the conscience,” which should lead to acknowledging one’s sinfulness before God and the need of grace and mercy.

The few words  I originally planned to write turned out to form one of longer posts on the blog. It is so when one thinks about writing something for a very long time. Thanking all who inspired me, I hope that my reflections will be on their part an inspiration to further reflection and discussion.

Posted in English entries | Tagged , , , , ,
Leave a comment

Swoboda na wspólnym gruncie, czyli kilka słów o Modlitewniku Powszechnym

Kilka dni temu umieściłem na Facebooku ten zabawny rysunek, przedstawiający gromadę sympatycznych1948140_541112879337023_746276270_n jaskiniowców, którzy po upolowaniu mamuta zbierają się na modlitwę dziękczynną. Najwyraźniej są episkopalianami (co stanowi nieodparty dowód na starożytny charakter naszej tradycji ;)), ponieważ jeden z nich mówi: „Ryt błogosławieństwa na okoliczność zabicia mamuta znajdziecie na stronie 302 waszego Jaskinownika Powszechnego”. Nie ma co ukrywać, że mocno zdziwił mnie komentarz, który po jakimś czasie znalazłem pod tym rysunkiem:

widzę dosyć często u Ciebie memy odwołujące się do Episkopalnych wiecznie szukających czegoś w książce (nawet zapamiętałem przez te memy, że jest to “The Book of Common Prayer”). Tylko ja dalej nie wiem o co chodzi czy to ma być obrazowanie Epików jako ludzi mających wytyczne i instrukcje na każdą funkcję życiową i działanie ludzkie? o co cho?

Przede wszystkim ucieszyłem się z określenia „Epicy”. Czyżbyśmy się już dorobili własnej „ksywki” w języku polskim? Jeśli tak, to trudno nie uznać tego za swoisty dowód popularności. Jednak treść komentarza na moment odebrała mi mowę. Czy to możliwe, że ktoś naprawdę podejrzewa nas o bycie ludźmi, „mającymi wytyczne i instrukcje na każdą funkcję życiową i działanie ludzkie?”. Po chwili zastanowienia doszedłem jednak do wniosku, że właściwie nie ma się czemu dziwić. Szczególna relacja, która istnieje pomiędzy anglikanami i ich Modlitewnikiem może wywoływać nieporozumienia, zwłaszcza wśród ludzi, którzy dotąd nie zetknęli się z anglikańską duchowością. Dlatego postanowiłem, zamiast bezpłodnie dziwić się, skreślić na ten temat kilka słów.

Kościół bez właściwości?

W latach 1921-1942 austriacki pisarz awangardowy Robert Musil napisał powieść zatytułowaną „Człowiek bez właściwości”. Jej główny bohater, Ulrich, to człowiek nie posiadający wyraźnego oblicza, jasno sformułowanych cech osobniczych, a może raczej w dziwny sposób wobec nich obojętny. Niekiedy w podobny sposób opisuje się anglikanizm. W pewnym stopniu odpowiada to rzeczywistości. Mówiłem o tym w kazaniu wygłoszonym na rekolekcjach w Kiekrzu koło Poznania we wrześniu 2012 r., na których podjęliśmy decyzję o powstaniu Polskiej Wspólnoty Episkopalnej:

Jednym z celów, dla których spotkaliśmy się tutaj, jest poznanie tradycji anglikańskiej. Nie ma w tym zatem nic dziwnego, że jako prowadzący wczoraj i przedwczoraj wciąż na nowo konfrontowani byliśmy z pytaniem o „specyfikę” tej tradycji, o jej charakterystyczne cechy. W co wierzą anglikanie?  Jak się zapatrują na taką czy inną kwestię? Jak się modlą?  To wszystko składa się na jedno podstawowe pytanie: Czym właściwie jest anglikanizm? Krok za krokiem stawało się coraz jaśniejsze, że cechą szczególną anglikanizmu jest to, że… właściwie nigdy nie chciał mieć on żadnych szczególnych cech, że chciał być po prostu chrześcijaństwem – w jakimś sensie bezprzymiotnikowym, pozbawionym zbędnych dookreśleń.  Gdy zaś jakieś przymiotniki się pojawiły, to takie, które wskazują na niemożliwość umieszczenia nas w jakiejś gotowej szufladzie, którą znamy z historii Kościoła. Mówiliśmy na przykład o tym, że Kościoły anglikańskie są (zarazem) katolickie i reformowane. Katolickie, bo podkreślają ciągłość chrześcijańskiej tradycji od jej zarania, i reformowane, bo są świadome potrzeby krytycznego obchodzenia się z nią, czego wyrazem była nie tylko reformacja XVI w., ale także wiele innych, późniejszych reform i przemian. Jeśli spełniliśmy swoje zadanie właściwie, w toku tych rozmów powinno było okazać się jeszcze coś innego – że zdaniem anglikanów na pytanie o to, czym jest chrześcijaństwo, często nie da się odpowiedzieć inaczej aniżeli następnym pytaniem, które potem zrodzi kolejne pytanie, itd., itd…

Poszukiwacze „twardych tożsamości”, oczekujący od Kościoła odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania, bez wątpienia rozczarują się w kontakcie z anglikańskim sposobem bycia chrześcijaninem. Na tle innych wspólnot reformacyjnych anglikanizm wyróżnia się brakiem własnej konfesji, porównywalnej z Augsburskim Wyznaniem Wiary czy Konfesją Helwecką, oraz katechizmu takiego jak Mały i Duży Katechizm Marcina Lutra czy Katechizm Heidelberski. Dlatego jest nam często trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o cechy szczególne naszego Kościoła. Jednak problem nie polega na tym, że ich nie ma! Wbrew pozorom, Kościoły anglikańskie jednak nie są „Kościołami bez właściwości”. Rzecz w tym, że nie znajdzie się ich w żadnym dokumencie doktrynalnym. Ich nośnikiem i wyrazicielem jest liturgia – sposób w jaki wspólnie modlimy się, „oddając cześć Bogu w pięknie świętości”. Anglikanizm można traktować jako ucieleśnienie starokościelnej zasady „lex orandi, lex credendi” (w parafrazie: „jak się modlisz, tak wierzysz”). Pod tym względem wykazuje on wiele cech wspólnych z prawosławiem. Równie często, jak słyszy się słowa „prawosławie to liturgia”, przytacza się sformułowanie Arcybiskupa Canterbury Michaela Ramseya (1904-1988), który stwierdził, że teologia anglikańska uprawiana jest „w rytm kościelnych dzwonów”. Dlatego właśnie naszą „księgą wyznaniową” nie jest konfesja ani katechizm, lecz modlitewnik.

„So far so good”, jak mawiają Anglicy, jednak w praktyce okazuje się, że anglikańskie przywiązanie do Modlitewnika budzi nieporozumienia.

Czy to naprawdę „modlitewnik”?

Może należałoby zacząć od samej nazwy. Z czym kojarzy nam się słowo „modlitewnik”?DSC_0664 Mam nieodparte wrażenie, że większość Polaków na jego dzwięk widzi przed sobą „książeczkę do nabożeństwa”, z której wystają mniej lub bardziej kiczowate „święte obrazki” i która spoczywa na półce tuż obok moherowego beretu babci. Od razu chciałbym zaznaczyć, że, pomimo obecnej w tych słowach ironii, naprawdę nie zamierzam nimi nikogo urazić. Chodzi mi jedynie o to, by jasno powiedzieć, że książka, którą nazywamy Modlitewnikiem Powszechnym, jest – mimo zbieżności nazw – czymś innym. Już na pierwszy rzut oka widać, że łączy ona ze sobą cechy brewiarza i mszału, ale zawiera też  szereg elementów, które wykraczają poza te określenia. Niekiedy wydaje mi się, że słuszniej byłoby o nim mówić jako o „niezbędniku anglikanina”, zawierającym minimum rzeczy, które należy zabrać ze sobą, wyruszając w „anglikańską drogę”. Pomimo jednak, że termin „modlitewnik” nie do końca pokrywa się z jej zawartością, fakt, że to minimum zostało ujęte w formę zbioru modlitw liturgicznych, a nie np. traktatu teologicznego, ma ogromne znaczenie. Wskazuje on bowiem na to, że, aczkolwiek doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, iż pomiędzy liturgią i doktryną ma miejsce sprzężenie zwrotne (to znaczy, że wpływają one na siebie nawzajem), z naszego punktu widzenia znaczenie podstawowe ma to, że modlitwa kształtuje doktrynę.

Nieporozumienia i problemy

Nie mniejsze zdziwienie aniżeli komentarz na Fecebooku, który dostarczył mi inspiracji do napisania tego tekstu, wywołała u mnie to, że ktoś niedawno zinterpretował ten fakt jako wyraz niedoceniania roli teologii w Kościele. Teologia jest dla tej osoby bardzo ważna i dlatego właśnie wyraziła ona swój dystans do słów, które zawarliśmy w naszym folderze informacyjnym:

Anglikanizm opiera swoją specyfikę raczej na liturgii aniżeli na rozważaniach teologicznych. Dlatego jedyna naprawdę  adekwatna  odpowiedź  na pytanie, czym on jest, brzmi:  przyjdź  na  nasze  nabożeństwo, aby oddać Bogu  cześć  i  chwałę  “w  pięknie  świętości”  (Ps. 28[29]). Zapraszamy!

Moje zdziwienie wynikało przede wszystkim z faktu, że sam również uważam się za człowieka, dla którego teologia jest bardzo ważna. Do tej pory w życiu spotykałem się raczej z zarzutem, że jestem „za bardzo teologiem”, aniżeli z podejrzeniem, iż chciałbym deprecjonować znaczenie refleksji teologicznej. Tradycja anglikańska, nawet jeżeli nie zrodziła zbyt wielu teologów tej miary, co teologiczni luminarze kontynentalnego protestantyzmu (bądźmy jednak szczerzy, również w Kościołach ewangelickich Lutrowie, Bohoefferowie czy Barthowie nie rodzą się na kamieniu!), także nie podważa znaczenia dobrej teologii dla Kościoła. W końcu nie bez powodu na konferencji Polskiej Wspólnoty Episkopalnej, która odbyła się w styczniu tego roku, poświęciliśmy tyle uwagi formacji naszych liderów, w tym również formacji teologicznej. Aczkolwiek trudno sprowadzać wszystko do poziomu wykształcenia, nie ma chyba wątpliwości, że nawet w niełatwych warunkach polskich, które nakładają na nas określone ograniczenia, PWE w żadnym razie nie chce być wspólnotą, w której “nie matura, lecz chęć szczera…”. Pomimo wszystkich trudności, czujemy się zobowiązani realizować to, o czym swego czasu pisał zwierzchnik Konwokacji Kościołów Episkopalnych w Europie, bp Pierre Whalon:

Inny aspekt anglikańskiej metody stanowi akcent na oświatę i naukę. Oczywiście, dzielimy to z innymi chrześcijanami: Kościół, który nie naucza, w ogóle nie jest Kościołem. Nasze szczególne podejście do tradycji wymaga jednak wspólnotowego namysłu, który naszym zdaniem musi opierać się na jak najszerszym dostępie do informacji.

Dla anglikanów było zawsze ważne, aby ten akcent na oświatę i naukę nie oznaczał jedynie kładzenia nacisku na teologię. To właśnie dlatego refleksja anglikańska sprawia często wrażenie mocno zakorzenionej w ogólnej refleksji humanistycznej, w literaturze, sztuce, poezji czy w naukach ścisłych. Jednak na pewno nie oznacza to niedoceniania roli teologii jako takiej. Co więc chcieliśmy wyrazić zdaniem, które wywołało wątpliwości czy nawet opór? Przede wszystkim to, że nie ma jednej anglikańskiej teologii. Istnieje ich bardzo wiele i od samego zarania były one uprawiane w możliwie szerokim kontekście ekumenicznym – w dialogu z przedstawicielami innych tradycji. I właśnie ta wielość sprawia, że żadna z nich nie może pełnić roli wyróżnika anglikanizmu. Jednakże wszystkich ich twórców, zwolenników i przeciwników łączyło i łączy jedno – wspólna tradycja liturgiczna.

W ubiegłym roku minęło osiem lat, od kiedy pełnię służbę pastorską w ekumenicznej wspólnocie bazowej Kritische Gemeente IJmond w Holandii. Historia ruchu bazowego jest nierozdzielnie związana z przemianami w liturgii. Można powiedzieć, upraszczając nieco sprawę, że jego pierwsi przedstawiciele byli szczególnie gorliwymi zwolennikami posoborowej reformy liturgicznej w Kościele rzymskokatolickim. W każdym razie swoboda podejścia do tradycyjnych form liturgicznych, w tym również możliwość ich daleko idącej rewizji a nawet całkowitego odrzucenia i zastąpienia przez nowe, stała się jednym z haseł wiodących ruchu bazowego. Możliwość odchodzenia od tradycyjnych form liturgicznych, nawet jeżeli w ich miejsce pojawia się po prostu pustka albo intuicyjne przywiązanie do form, które sama KGIJ wytworzyła na przestrzeni czterdziestu kilku lat samodzielnego istnienia, jest dla większości jej członków probierzem wolności w ogóle. Już ze sposobu, w jaki o tym pisze, możecie bez wątpienia wywnioskować, że takie podejście wywołuje u mnie wątpliwości. I rzeczywiście: spotkanie z ruchem bazowym stało się dla mnie tym impulsem, który pchnął mnie w kierunku tradycji anglikańskiej, charakteryzującej się innym podejściem do liturgii. “Innym”, to znaczy jakim, właściwie?

Ludzie, którzy postrzegają Kościół Episkopalny przede wszystkim jako wspólnotę liberalną, zapewniającą swoim członkom ogromną przestrzeń dla własnych poszukiwań duchowych, dziwią się pewnemu “rygoryzmowi liturgicznemu”, który napotykają w PWE. Nie można wykluczyć, że wychodzi tu na jaw jakiś rodzaj “neofickiej gorliwości”. Skoro już wybraliśmy anglikanizm, staramy się go uprawiać “jak należy” i być może nie zawsze w pełni wykorzystujemy wszystkie możliwości kreatywnego obchodzenia się z liturgią. Jest to w każdym razie coś, nad czym, jak sądzę, powinniśmy się zastanowić. Chociaż z drugiej strony nie ukrywam, że moim zdaniem najpierw powinno się wyrobić w sobie pewne nawyki, a potem dopiero – już świadomie – ewentualnie od nich odstępować. Tak czy inaczej nie ulega jednak wątpliwości, że anglikanizm rozumiany w taki sposób, jak rozumie go i praktykuje Polska Wspólnota Episkopalna, nie zadowala nie tylko poszukiwaczy “jasnych odpowiedzi i niepodważalnych prawd”. Również ludziom, którzy liturgiczną “grę” traktują przede wszystkim jako zestaw krępujących reguł i nagromadzenie nudnych, bezdusznych formuł, nie jest łatwo się wśród nas odnaleźć, chyba że są gotowi zrewidować to spojrzenie.

To powiedziawszy, chciałbym jednak jednocześnie podkreślić, że zależy nam na tym, abybookofcommonprayer liturgia pozostała, zgodnie z pierwotnym znaczeniem słowa, dziełem człowieka, którego nie otacza żadne tabu. Jeżeli o mnie chodzi, potraktujcie te słowa jako zachętę do zwrócenia mnie samemu i innym liturgom we Wspólnocie uwagi w momencie, kiedy odnieślibyście wrażenie, iż o tym zapominamy. Nie zmienia to jednak faktu, że episkopalianie na pewno nie staną się zwolennikami zastąpienia tradycyjnych form liturgicznych przez improwizowaną modlitwę i wynika to nie z rygoryzmu, lecz z tego wszystkiego, co napisałem powyżej o znaczeniu liturgii jako nośnika i zwornika tradycji anglikańskiej. Luteraninowi czy ewangelikowi reformowanemu, nawet jeżeli czuje się on do pewnego stopnia związany agendami liturgicznymi swego Kościoła, jest łatwiej odstępować od nich, ponieważ zawsze może powiedzieć, że w tym, co robi, w żaden sposób nie narusza treści ksiąg wyznaniowych. Również rzymskokatolik może sobie pozwolić (inna rzecz, czy powinien) na sporą dozę liturgicznej “radosnej twórczości” tak długo, jak długo nie przeciwstawia się dogmatom swojego Kościoła. Anglikanie nie mają jednak ani pism konfesyjnych ani żadnych WŁASNYCH dogmatów (jedynie z przekonaniem składają swój podpis pod nauczaniem Kościoła pierwszych wieków). Mają jedynie swój “niezbędnik”. Kluczem do zrozumienia znaczenia Modlitewnika Powszechnego w tradycji anglikańskiej jest chyba właśnie to, że ów Modlitewnik jest o wiele więcej aniżeli tylko modlitewnikiem. Być może warto, abyśmy się nad tym wspólnie zastanowili w gronie osób tłumaczących The Book of Common Prayer na język polski. Czy nie należałoby szukać innego słowa na wyrażenie zawartości i znaczenia tej księgi?

Skoro zaś zajęliśmy się już tytułem, warto również zwrócić uwagę na inny jego element. The Book of Common Prayer to dosłownie “Księga Modlitw Powszechnych [albo Wspólnych]”. To, co stara się ona normować, dotyczy więc oficjalnego życia liturgicznego WSPÓLNOTY. Oczywiście Modlitewnika można także używać indywidualnie i jest to dobry anglikański zwyczaj. Nie bez powodu biskup Pierre Whalon scharakteryzował swego czasu anglikanina jako osobę, która modli się z BCP. Z drugiej strony należy zawsze pamiętać, że Kościół Episkopalny nie dyktuje nikomu tego, w jaki sposób ma wyglądać jego indywidualne życie modlitewne. Próbuje jedynie ujednolicić formy modlitwy wspólnotowej. W odniesieniu do tego, jaką modlitwą na przykład każdy z nas rozpoczyna czy kończy dzień, panuje całkowita swoboda i żadna instancja kościelna nigdy nie będzie starała się tej swobody ograniczać.

Skoro padło już słowo “swoboda”, chciałbym poświęcić chwilę uwagi jeszcze jednemu jej aspektowi. Czytając Modlitewnik Powszechny, a zwłaszcza używając go zgodnie z przeznaczeniem, bez trudu zauważymy, że zawarte w nim tzw. “rubryki”, które pełnią rolę podobną do didaskaliów w sztuce teatralnej, informując o tym, w jaki sposób mamy prowadzić liturgię, bardzo często noszą charakter propozycji a nie przepisów. Również niemała cześć zawartych w nim modlitw ma charakter fakultatywny. Tak więc także liturg, który trzyma się rubryk, wciąż dysponuje bardzo dużą przestrzenią, w ramach której może dokonywać własnych wyborów liturgicznych. W polskich warunkach wciąż jeszcze jest to niewystarczająco widoczne, ponieważ tłumaczenie dopiero trwa i wiele opcji liturgiczno-modlitewnych nie jest jeszcze dostępnych w naszym języku. Mamy nadzieję, że gdy wreszcie powstanie polska wersja BCP, stanie się również jaśniejsze, na jak wiele sposobów można kształtować życie liturgiczne polskiego episkopalianizmu, nie wykraczając przy tym poza – naprawdę bardzo szerokie – granice wytyczane przez Modlitewnik.

A czy przyjdzie kiedyś moment na stworzenie polskiego Modlitewnika, który nie byłby tłumaczeniem? Na styczniowej konferencji biskup Pierre zakreślił szeroką perspektywę rozwoju Polskiej Wspólnoty Episkopalnej. Jej działania miałyby prowadzić ku stworzeniu autokefalicznego Kościoła Episkopalnego w Polsce. Taki Kościół mógłby oczywiście podjąć trud stworzenia własnej księgi modlitw.

Nie ma jednego Modlitewnika

Ten ostatni wątek naprowadza mnie na trop czegoś, od czego być może powinienem był zacząć. Chodzi o to, że mówienie o jednym Modlitewniku jest właściwie równie mylne, jak, wciąż pokutujące niestety, mówienie o jednym Kościele anglikańskim. Podobnie jak nie istnieje jeden Kościół, lecz wspólnota 38 lokalnych Kościołów anglikańskich, tak istnieje cała szeroko rozgałęziona rodzina Modlitewników. Wszystkie one mają wspólnego przodka w Modlitewniku Powszechnym Arcybiskupa Thomasa Cranmera z 1549 r. Następnie Modlitewnik przechodził wiele zmian, które doprowadziły w końcu do powstania wersji z 1662 r., po dziś dzień obowiązującej oficjalnie w Kościele Anglii. Zimages czasem pojawiły się lokalne odmiany BCP, które dały początek kolejnym gałęziom modlitewnikowej rodziny. Amerykański Modlitewnik Powszechny z 1979 r., którego używamy w tłumaczeniu na język polski w Polskiej Wspólnocie Episkopalnej, wywodzi się od pierwszego Modlitewnika używanego w Kościele Episkopalnym, który powstał w 1790 r. Opierał się on na angielskim wydaniu z 1662 r. oraz na szkockiej liturgii z 1764 r. Z biegiem czasu miało miejsce kilka kolejnych rewizji tekstu, które doprowadziły w końcu do powstania wersji z 1979 r. Dodać należy, że w anglikanizmie panuje zasada, iż raz zatwierdzony tekst liturgiczny może być odtąd używany zawsze, nawet wtedy, gdy pojawi się nowa liturgia. Anglikanie nie potrzebują więc specjalnych indultów na odprawianie nabożeństw przy użyciu dawnych formularzy liturgicznych, jak dzieje się to w Kościele rzymskokatolickim. I tak np. w parafii Kościoła Anglii w pobliskiej Hadze w każdą pierwszą niedzielę miesiąca odprawiana jest liturgia wg Modlitewnika z 1662 r., na której staramy się bywać kiedy to tylko możliwe. Ciekawą cechę tej liturgii stanowi obecny w niej “polski akcent”. Na kształt Modlitewnika wpłynął bowiem również polski reformator religijny, Jan Łaski (1499-1560). To jemu anglikańska liturgia zawdzięcza obecność dziesięciorga przykazań, które, zamiennie z podwójnym przykazaniem miłości, stanowią podsumowanie Zakonu, służące “badaniu sumień”, które ma prowadzić do uznania własnej grzeszności przed Bogiem i potrzeby łaski i miłosierdzia.

Pierwotnie planowane kilka słów okazało się ostatecznie jednym z dłuższych postów na naszym blogu. Tak to bywa, kiedy człowiek od dłuższego czasu nosi się z zamiarem czegoś. Dziękując wszystkim, którzy mnie do tego zainspirowali, mam jednocześnie nadzieję, że z kolei moje słowa stanowić będą inspirację do refleksji i dyskusji.

Posted in Wpisy po polsku | Tagged , , , , ,
Leave a comment

“A Christian should have no doubts,”
or “Where they burn books…”

…so too will they in the end burn human beings.” These famous words come from the great German poet Heinrich Heine. Spoken by a character in his play “Almansor,” they are related to the burning of the Q’ran by the Spanish Inquisition. The play was written in 1821. Only a little over a hundred years later the Nazis fed Heine’s books to the flames and his prophecy was fulfilled. Shortly thereafter furnaces in concentration camps were ablaze…

We realize that we should be careful with such associations. An easy comparison to the terror of the Inquisition and – the incomparably more tragic – crimes of national socialism can lead to a trivialization of evil and over time make us lose any sense of proportion. And yet we admit that it’s difficult to resist such comparisons when we see Tomasz Terlikowski first chopping Swiatoslaw Nowicki’s and Magdalena Walulik’s book “TarotTerlikowski-siekiera-Slajder Apokalipsy” (“Tarot of the Apocalypse”) into pieces and then throwing it, together with the Tarot cards that came with it, into the fire place.

What happened? Światosław – a philosopher, known scholar of Hegel, esoteric, astrologist and, which we fondly admit, our friend – sent a copy of his book to the Polish conservative Catholic website Fronda.pl, which caused a commotion among the editors. The “Frondists” consulted Br. Marcin Radomski, OFMCap. His reaction, as quoted on the website, can hardly be considered anything less than shocking. Its first words are: “A Christian should have no doubts: Tarot cards may and should be burned as related to the worship of evil.” How to comment such a statement?

Let’s begin with Tarot itself. Its career in the European culture was extraordinary at the very least. The Catholic theologian Cardinal Hans Urs von Balthasar writes:

The origin of the Tarot is obscure, as is the historical background of its symbols … The attempt to trace them back to Egyptian or Chaldean wisdom remains fantastic, whilst to explain the use and spread of the cards by way of wandering gypsies is plausible. The oldest surviving cards date from the end of the 14th century. Correspondences between the Tarot symbols and the Cabbala, astrology and the Hebrew alphabet were established relatively late, towards the end of the 18th century – supposedly first of all by the French archaeologist Court de Gebelin (1728-1784).

Source: Anonymous, “Meditations on the Tarot: A Journey into Christian Hermeticism”, translated by Powell R., New York 2002, p. 662

As you can see, the cardinal of the Holy Church of Rome and one of the most prominent Roman Catholic theologians of the past century had quite a few doubts about the Tarot. In the same text however, which is the afterword for Valentin Tomberg’s book “Meditation of the Tarot” (we posted an excerpt from the book here), von Balthasar emphasizes that “repeated attempts have been made to accommodate the Cabbala and the Tarot to Catholic teaching.” Undoubtedly one of the most important and original attempts was Tomberg’s book itself. Let’s quote some comments about it. Abbot Basil Pennington, OCSO writes: “It is without doubt the most extraordinary work I have ever read. It has tremendous spiritual depth and insight.” Another Trappist, Abbot Thomas Keating, OCSO called it “the greatest contribution to date toward the rediscovery and renewal of the Christian contemplative tradition of the Fathers of the Church and the High Middle Ages.” Maybe the most telling was the remark of the famous Benedictine, Fr. Bede Griffiths, who called the “Meditation” “the last word of wisdom.” All these things were said, let us remind once again, about a book which taken up the most fundamental themes of the Christian faith and spirituality using the symbolism of the Tarot. Is any better proof needed to show that Br. Radmoski, who relates Tarot only to the worship of evil, doesn’t know what he is talking about?

But the problem is bigger than just the Christian attitude to the Tarot and, more broadly, to the esoteric tradition. We were most shocked by Br. Radomski’s claim that a Christian should not have any doubts. It makes us want to ask what Christianity is for him actually. Is it still faith or rather an extremely dogmatic ideology? And here comes another association – with the recent letter of the Polish bishops about “the gender ideology.” There too religion becomes an ideology fighting other ideologies. We think that it is not sensible to debate such views. But without doubt we should counter them with a vision of our own. Defining the term “comprehensiveness,” Urban T. Holmes III writes in his book “What is Anglicanism” about the “priority of a dialectic quest over precision and immediate closure.” He advocates “[a] sense of community of thought as opposed to a well-defined, definitive position.” We too describe our faith like that, and probably not only because we are Anglican, even though it was in Anglicanism that we found a place to experience and share it with people of a similar attitude (however often of very different opinions). Doubts are an inseparable part of faith thus understood. They protect us from definitive positions, which makes it clear that the last word is not ours.

Seeing Tomasz Terlikowski, whom we know also as translator of great books of Russian religious thinkers, author of insightful articles in the journal “Semper Reformanda,” a keen observer and commentator of reality, in the role of an amateur inquisitor is not only very painful and shame-inducing when we realize that in the eyes of some he represents the Christian attitude. This sad and horrifying film makes us aware once more that something bad is happening in the church, that some Christians – afraid of the world and less and less able to initiate dialogue with it – are destroying the best cultural traditions of Christianity and replacing them with an aggressive sectarianism.

Obviously this scene is also simple buffoonish foolishness meant to achieve the short-term goal of tightening the ranks in the fight against all possible perils: secularization, gender, homosexuality, leftism and the esoteric. Realizing this is hopeful – in the first place because this time Heinirch Heine’s prophecy perhaps won’t come true. The Fronda boys are most probably not fit for true inquisitors. What will happen, however, if the war banner will be taken over by others, more determined and unscrupulous? In the history of the world it happened more than once that what began with apparently innocent foolishness ended with tragedy…

* We learned from his own comment on Facebook that – contrary to the suggestion on Fronda.pl – it wasn’t Swiatosław Florian Nowicki who sent his book to the website.

Posted in English entries | Tagged ,
1 Comment

“Chrześcijanin nie powinien mieć wątpliwości”,
czyli “Tam gdzie książki palą…”

… niebawem i ludzi palić będą”. Te słynne słowa wyszły spod pióra wielkiego niemieckiego poety Heinricha Heinego. Wypowiada je jeden z bohaterów jego sztuki “Almansor” w odniesieniu do spalenia Koranu przez hiszpańską Świętą Inkwizycję. Sztuka powstała w 1821 r. Zaledwie nieco ponad sto lat później naziści wydali na pastwę płomieni książki samego Heinego i rzeczywiście spełniło się jego proroctwo. Wkrótce potem zapłonęły piece krematoriów w obozach zagłady…

Zdajemy sobie sprawę, że z takimi skojarzeniami należy bardzo uważać. Nazbyt łatwe nawiązania zarówno do terroru Inkwizycji, jak i do – skądinąd zupełnie z nim nieporównywalnych – zbrodni nazizmu może prowadzić do trywializacji zła i spowodować, że z czasem utracimy wszelki zmysł proporcji. A jednak przyznajemy, że trudno jest namTerlikowski-siekiera-Slajder się im oprzeć, gdy widzimy p. redaktora Tomasza Terlikowskiego najpierw rąbiącego na kawałki książkę “Tarot Apokalipsy” Światosława Nowickiego i Magdaleny Walulik, a potem wrzucającego ją, wraz z dołączonymi do niej kartami Tarota, do pieca.

Co się właściwie wydarzyło? Światek – filozof, znany heglista, ezoteryk, astrolog i, do czego się chętnie przyznajemy, nasz znajomy – przesłał egzemplarz swojej książki do siedziby portalu fronda.pl, czym wywołał tam pokaźną konsternację. “Frondyści” udali się po poradę do br. Marcina Radomskiego OFMCap. Jego reakcji, tak jak przedstawiono ją na portalu, trudno nie uznać za wstrząsającą. Jej pierwsze słowa brzmiały: “Chrześcijanin nie powinien mieć wątpliwości, karty Tarota jako przedmiot związany z kultem zła mogą i powinny zostać spalone”. Jak skomentować taką wypowiedź?

Zacznijmy może od Tarota. Jego kariery w kulturze europejskiej trudno nie uznać za co najmniej osobliwą. Katolicki teolog, kardynał Hans Urs von Balthasar, pisze:

Pochodzenie Tarota jest niejasne, podobnie jak pochodzenie jego symboliki (…). Próby wywodzenia ich z mądrości Egiptu czy Chaldei pozostają fantazją, podczas gdy wiarygodne jest wyjaśnienie ich zastosowania i rozprzestrzenienia przez odniesienie do wędrownych Romów. Najstarsze zachowane karty pochodzą z XIV w. Zbieżności pomiędzy symbolami Tarota i kabałą, astrologią oraz alfabetem hebrajskim powstały stosunkowo późno, pod koniec XVIII w. – jak się uważa najpierw za sprawą francuskiego archeologa hrabiego de Gebelin (1728-1784).
Źródło: Tomberg V., “Meditations on the Tarot: A Journey into Christian Hermeticism”, tłum. Powell R., New York 2002, str. 662

Jak widać, kardynał Świętego Kościoła Rzymskiego i jeden z najwybitniejszych teologów rzymskokatolickich minionego stulecia żywił w odniesieniu do Tarota całkiem sporo wątpliwości. Co więcej, w tym samym tekście, który stanowi posłowie do książki “Meditations on the Tarot” Walentyna Tomberga (przetłumaczyliśmy z niej swego czasu ten tekst), von Balthasar podkreśla, że wielokrotnie czyniono próby przystosowania Tarota do tradycji katolickiej. Bez wątpienia jedną z najważniejszych i najbardziej oryginalnych takich prób jest sama książka Tomberga. Przytoczmy kilka wypowiedzi na jej temat. Opat Basil Penington OCSO pisze: “Bez wątpienia jest to najbardziej wyjątkowe dzieło, które kiedykolwiek czytałem. Posiada niesamowitą duchową głębię i wejrzenie”. Inny trapista, opat Thomas Keating, nazwał ją “najwspanialszym dotychczasowym wkładem w ponowne odkrycie i odnowienie chrześcijańskiej tradycji kontemplatywnej Ojców Kościoła i wieków średnich”. Bodaj najbardziej wymowny był w swojej ocenie słynny benedyktyn, o. Bede Griffiths, który nazwał “Medytację” “ostatnim słowem mądrości”. Wszystkie te opinie wypowiedziano, przypomnijmy raz jeszcze, na temat książki, która właśnie na podstawie symboliki kart Tarota podejmuje krok za krokiem podstawowe wątki chrześcijańskiej wiary i duchowości. Czy trzeba lepszego dowodu na to, że br. Radomski, wiążąc Tarot jedynie z kultem zła, po prostu nie wie, o czym mówi?

Jednak problem jest szerszy aniżeli tylko odniesienie chrześcijan do Tarota i, szerzej, do tradycji ezoterycznej. Nami wstrząsa najbardziej stwierdzenie brata Radomskiego, że chrześcijanin nie powinien mieć wątpliwości. Chciałoby się zapytać, czym jest dla niego chrześcijaństwo. Czy wciąż jeszcze wiarą, czy raczej skrajnie zdogmatyzowaną ideologią? I tu trudno oprzeć się kolejnemu skojarzeniu – z niedawnym listem polskich biskupów w sprawie “gender”. Również w nim religia przybiera postać ideologii zwalczającej inne ideologie. Osobiście wydaje nam się, że nie jest sensowne podejmowanie polemiki z takimi poglądami. Natomiast bez wątpienia trzeba przeciwstawić im inną wizję. Opisując znaczenie terminu “comprehensiveness”, Urban T. Holmes III pisze w książce “What is Anglicanism” o “priorytecie dialektycznego poszukiwania nad precyzją i natychmiastowym rozstrzyganiem”. Holmes opowiada się za “poczuciem wspólnoty myśli w przeciwieństwie do zajmowania dookreślonego, definitywnego stanowiska”. W taki sposób opisujemy naszą wiarę i my. Chyba nie tylko dlatego, że jesteśmy anglikanami, aczkolwiek bez wątpienia właśnie w anglikanizmie znaleźliśmy miejsce na jej przeżywanie i dzielenie się nią z ludźmi o podobnym podejściu, chociaż często o skrajnie różnych od naszych poglądach. Wątpliwości są nieodłączną częścią tak pojmowanej wiary. To właśnie one chronią przed zajmowaniem definitywnych stanowisk, dzięki czemu zawsze jest jasne, że to nie do nas należy ostatnie słowo.

Widok Tomasza Terlikowskiego, którego znamy przecież także jako tłumacza świetnych książek rosyjskich myślicieli religijnych, autora wnikliwych tekstów w magazynie “Semper Reformanda”, bystrego obserwatora i komentatora rzeczywistości, w roli domorosłego inkwizytora jest nie tylko skrajnie przykry i napawający wstydem, gdy uświadomić sobie, że w oczach niejednego widza reprezentuje on postawę charakterystyczną dla chrześcijanina. Ten smutny i przerażający film uświadamia nam po raz kolejny, że w Kościele naprawdę dzieje się coś złego, że niektórzy pogrążeni w lęku przed światem, coraz mniej zdolni do podjęcia z nim dialogu, chrześcijanie są na najlepszej drodze do przekreślenia najwspanialszych kulturotwórczych tradycji chrześcijaństwa i zastąpienia ich przez agresywne sekciarstwo.

Oczywiście ten gest nosi również wiele cech najzwyklejszej kabotyńskiej błazenady obliczonej na krótkotrwały efekt zwarcia szeregów w walce ze wszystkimi możliwymi niebezpieczeństwami: od sekularyzacji przez gender i homoseksualizm aż po “lewactwo” i ezoterykę. Uświadomienie sobie tego napawa nadzieją – przede wszystkim na to, że tym razem przepowiednia Heinricha Heinego się nie sprawdzi. Chłopcy z “Frondy” chyba jednak nie nadają się na prawdziwych pachołków inkwizycji. Co będzie jednak, jeżeli zainspirowani ich przykładem, sztandar walki przejmą ludzie bardziej zdecydowani i pozbawieni skrupułów? W historii świata bywało już niejednokrotnie tak, że to, co zaczynało się od pozornie niewinnej błazenady, kończyło się tragedią…

* Z jego własnego komentarza na Facebooku dowiedzieliśmy się, że – wbrew sugestii – to nie Światosław Florian Nowicki wysłał do Frondy swoją książkę. Oczywiście słowa “obdarował nas”, których użyła “Fronda”, można rozumieć szerzej -” napisał”, “wydał” – jednak sugestia jest oczywiście jasna.

Posted in Wpisy po polsku | Tagged ,
Leave a comment