Kazanie z nabożeństwa
żałobnego po śmierci br. Pawła

Uprzedzając ewentualne pytania, nie, na razie nie mamy zamiaru wracać do prowadzenia tego bloga. Co więcej, sami czujemy się nawet trochę dziwnie, zaglądając tutaj po raz pierwszy od kilku miesięcy, ale naszym zdaniem mamy do nadrobienia pewną istotną zaległość. Rok temu odszedł od nas br. Paweł, ks. prof. K.M.P. Rudnicki. Kazanie wygłoszone wówczas na nabożeństwie żałobnym Polskiej Wspólnoty Episkopalnej przez Jarka ukazało się wprawdzie w druku, ale nie opublikowaliśmy go na blogu. Dzisiaj, w pierwszą rocznicę śmierci Pawła, publikujemy je.

Księga Amosa 5:8, Objawienie św. Jana 21:2-7, Ewangelia wg św. Jana

10:11-16

Pan Bóg nie miał ze mną łatwo w ostatnich dniach. Raz po raz konfrontowałem go z pytaniem, czy aby na pewno bardziejDSC_0043 potrzebuje Pawła tam, aniżeli my tutaj. Może wydaje się wam dziwne, że można coś takiego powiedzieć, bo przecież mówi się, że nam chrześcijanom jest łatwiej obchodzić się ze śmiercią ludzi nam drogich. Tak, w pewnym sensie jest łatwiej, ale z drugiej to, że oddajemy również to wydarzenie -bez względu na to jak bardzo nami wstrząsa – w darze Bogu, nie umniejsza bólu, nie umniejsza tęsknoty, nie umniejsza poczucia opuszczenia, osierocenia nawet. To jeden z paradoksów – a paradoks będzie w tym rozważaniu słowem kluczowym – które wiążą się z odejściem od nas człowieka, którego można nazwać jednym wielkim paradoksem.

Kiedy zwróciliśmy się do ks. Grega Neala, który jeszcze miesiąc temu stał z Pawłem przy ołtarzu w kościele św., Marcina, z prośbą o pomoc w opracowaniu liturgii na dzisiejszy wieczór, bo sądziliśmy, że nie wystarczy już na to czasu przed wyjazdem z Holandii, wybrał również czytania a przy każdym z nich znajdowało się krótkie wyjaśnienie, dlaczego jego wybór padł właśnie na nie. Przy czytaniu z proroka Amosa oczywiście znalazło się nawiązanie do tego jednego z głównych życiowych powołań Pawła – astronomii. „To ten, który uczynił Plejady i Oriona”. Tutaj chciałoby się od razu dodać: „… i kometę Rudnickiego i supemovae”, które Paweł odkrył. To ten, którego stwórcza moc rozciąga się daleko poza to, co widzimy. To właśnie badaniu Jego dzieła Paweł poświęcił potężną cześć swojego życia. Za każdym razem, kiedy przygotowywaliśmy się do nabożeństwa, miał miejsce pewien rytuał. Najpierw opracowywaliśmy liturgię, czytania, potem wysyłaliśmy je do Krakowa mailem i musieliśmy zrobić to w poniedziałek przed sobotą, na którą nabożeństwo przypadało, ponieważ Paweł mówił: „w poniedziałek jestem teologiem, a od wtorku do czwartku astronomem, dlatego inaczej nie będę miał czasu się przygotować”.

k_rudnicki_2011

Br. Paweł w partyzanckim mundurze.

Przeglądałem różne komentarze w internecie pod tekstami poświęconymi pamięci Pawła i pojawiało się tam wciąż na nowo stwierdzenie, że astronomia przywiodła go do Boga. Jedni się temu dziwili, drudzy uważali, że to logiczne. A jednak było trochę inaczej, bo te wydarzenia, które zapoczątkowały przemianę duchową Pawła – urodzonego w komunistyczno-socjalistycznej rodzinie; syna Lucjana Rudnickiego, znanego komunistycznego pisarza i członkini PPS-u – to były wydarzenia o wymiarze bardziej egzystencjalnym niż ściśle intelektualnym. Mam tu na myśli przede wszystkim doświadczenia duchowe, które stały się jego udziałem, gdy walczył w partyzantce jako żołnierz Gwardii a potem Armii Ludowej. Bo Paweł należał właśnie do tych, którzy według dzisiejszej historiografii stali „po niewłaściwej stronie”, i którzy teraz, na naszych oczach, stają się nowymi „żołnierzami wyklętymi” – o których nie należy mówić, bo podobno nie walczyli o Polskę. Pamiętam takie dyskusje, trudne rozmowy, kiedy np. nie pozwalał powiedzieć złego słowa o tak kontrowersyjnej postaci jak Mieczysław Moczar, bo to był jego dowódca z partyzantki. On, sprawiedliwy wśród narodów świata, honorowy obywatel Izraela, czuł się związany z taką osobą jak Moczar, jednym z ludzi stojących za wydarzeniami ‘68 r. Jak powiedziałem, paradoks będzie słowem kluczowym tego rozważania. To właśnie ta seria doświadczeń duchowych, o których Paweł mówił stosunkowo niewiele – opisał je w swojej biografii duchowej – otworzyła go na inny wymiar rzeczywistości, ten, którego nie da się zbadać ani teleskopem, ani wziąć pod lupę, ani pod mikroskop. I również w podróż w ten wymiar wyruszył we właściwy dla siebie sposób – połączył w sobie tak niesamowitą liczbę prądów duchowych, że żadna ortodoksja ani żadna herezja nie łączy ich tak jak ten jeden człowiek. Wymienię tylko kilka z nich.

Antropozofia

Paweł był jednym z największych polskich antropozofów – to prąd duchowy czerpiący z tego trzeciego filaru kultury europejskiej, obok antycznego i chrześcijańskiego: filaru zachodniej ezoteryki, z tradycji różokrzyża, Boehmego, etc., etc. A jednocześnie jest to próba badania, zdobycia konkretnej duchowej wiedzy, o tych światach, które nie są dostępne naszym zmysłom — próba otworzenia wewnętrznego oka. Bowiem ta potrzeba również w nim była. Także w odniesieniu do świata ducha chciał być badaczem.

Poszukiwanie własnego Kościoła.

Wielokrotnie wspominał, że pierwsze kroki zawiodły go właściwie do cerkwi prawosławnej – w trudnych dla niej czasach, kiedy po drugiej wojnie światowej dopiero się odradzała w skrajnie skomplikowanej sytuacji. W końcu trafił jednak do Kościoła mariawitów. Opowiadał, że zafascynowały go dwie rzeczy. Po pierwsze wygląd kapłana: jak na owe czasy prosta, pozbawiona zbędnych ozdobników szata liturgiczna, a po drugie prosta, uduchowiona pobożność, która potrafi! ukazać w kazaniu i w rozmowie.

Trudno tego nie skojarzyć z samym Pawłem, ze sposobem w jaki on sam był z nami. W dzisiejszej Ewangelii słyszymy o Chrystusie – Dobrym Pasterzu. Jest to również wezwanie dla każdego z nas – być pasterzem dla innych – a szczególnie dla tych, którzy są powołani do przewodzenia w Kościele. Sposób, w jaki robił to Paweł, był właśnie sposobem dobrego pasterza. Mam na myśli jego sposób sprawowania liturgii – prosty, pozbawiony zbędnych ozdobników, a jednocześnie świadczący o głębokim przejęciu, głębokiej świadomości treści znajdującej się w każdym słowie. Każde słowo liturgii, gdy wypowiadał je Paweł, było naprawdę brzemienne treścią, było czymś, co należy smakować, nad czym należy się zatrzymywać, czego nie wymawia się tak po prostu, bowiem każde to słowo otwiera przed nami nowe światy duchowe. A jak zapamiętaliśmy go z rekolekcji Polskiej Wspólnoty Episkopalnej? Za każdym razem, kiedy powstawał program, dostawaliśmy maila, w którym bardzo delikatnie pytał: „Czy znalazłoby się trochę czasu, abym mógł coś na powiedzieć na ten temat?”. To zawsze była tylko propozycja. Szczególnie utkwiła mi w pamięci ostatnia konferencja na rekolekcjach w Puławach, gdzie mówił o swoim problemie z przebaczaniem i o tym, jak, krok za krokiem, pokonywał ten problem i jak stopniowo udawało mu się odkrywać w każdym trudnym człowieku, któremu miał przebaczyć, jakiś dar, jakąś okazję do nauczenia się czegoś.

Czy to oznacza, że okazję do nauczenia się czegoś powinniśmy czerpać także z tego trudnego faktu, że Pawła nie ma już wśród nas? W jakimś sensie nadchodzi teraz czas egzaminu. Nauczyciel odszedł i przyjdzie pokazać, ile się nauczyliśmy jako uczniowie. Jednak ten egzamin będziemy zdawać świadomi, że Ten, który jest Panem życia i śmierci, mówi: „Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia”. Darmo. Paweł był człowiekiem, który zagadnieniu pracy nad sobą poświęcił ogromną część swojej pracy pisarskiej, teologicznej, duchowościowej. Wielokrotnie śmialiśmy się, że Praca nad Sobą to jego czwarte imię: „Konrad Maria Paweł ‘Praca nad Sobą’ Rudnicki”. Czasami, kiedy słuchało się tego, co mówił o potrzebie rozwoju duchowego, powstawało pytanie, gdzie jest tam miejsce na to „darmo” – na dar, przyjęcie, otworzenie się na łaskę. Jednak kto uważnie słuchał Pawła, zauważył, że praca nad sobą nie służyła zdobywaniu sobie nieba, lecz właśnie temu, aby otworzyć się na ten dar, na tę wodę żywą, aby stanąć przed Bogiem rzeczywiście świadomie – jako otrzymujący; ale również jako ten, kto ma coś z tym otrzymanym darem w życiu zrobić, jakoś rozwinąć go dalej. To kolejny paradoks, zawarty w samym sercu chrześcijańskiej duchowości, która jest na pewno duchowością łaski, daru, owego „darmo” – tak jak za chwilę podejdziemy do tego stołu i będziemy po prostu z otwarta dłonią przyjmować chleb, będący tylko i wyłącznie darem – a jednak przecież będziemy go przyjmować, aby, nasyciwszy się, wyruszyć następnie w świat i być w nim świadectwem przywiązania do Ewangelii. Jest to więc jednocześnie duchowość pracy, duchowość aktywna.

„Mam też i inne owce”. Półtora roku temu w Krakowie obyła się konferencja otwierająca działalność Polskiej Wspólnoty Episkopalnej. Zgłosiło się około 25 osób. Sobota była deszczowa. Gdy przyjechaliśmy na miejsce z gośćmi – biskupem Pierrem Whalonem z Paryża, prof. Danielem Siemiatkoskim z Oksfordu, żoną biskupa, Melindą Whalon -zobaczyliśmy pięć osób. Kiedy otwierałem konferencję, nie wiedziałem gdzie podziać oczy, jak mogę spojrzeć na biskupa, któremu kazałem przyjechać z Paryża na spotkanie z pięcioma osobami. Ale wśród nich był Paweł, który uważał, że skoro Kościół Episkopalny w latach 60 i 80, udzielił jemu – polskiemu kapłanowi mariawicie – możliwości pełnienia posługi kapłańskiej u siebie, skoro dano mu możliwość zaspokojenia tego, co nazywał potrzebą swojej duszy – potrzeby bycia kapłanem — to powinien towarzyszyć Polskiej Wspólnocie Episkopalnej, gdy stawia pierwsze kroki na ziemi polskiej. On widział to jako dług do spłacenia. Półtora roku później to raczej my jesteśmy dłużnikami Pawła. Towarzyszył nam rzeczywiście za każdym razem, przy każdej okazji. Raz tylko zdarzyło się, że nie odprawił nabożeństwa — to było w styczniu, kiedy naprawdę nie mógł ruszyć się z domu. Wówczas przyjechałem na ul. św. Filipa z konsekrowanymi przez niego hostiami.

1398156_10152582619310995_828760596_o

Br. Pawel celebruje swoją ostatnią episkopalną Eucharystię. Asystuje mu ks. Gregory Neal.

„Mam też inne owce”. Paweł był mariawitą. Dzieło Wielkiego Miłosierdzia, duchowość mariawicka, przenikały go naprawdę do szpiku kości. Był mariawitą na pewno niełatwym do strawienia dla wielu innych mariawitów, a zwłaszcza dla mariawitów w funkcjach biskupich, ale mariawitą całą duszą. A jednak w czasie tego półtora roku nie miałem nigdy wątpliwości, że miałem do czynienia ze Sługą Słowa i Sakramentu w Kościele Episkopalnym. Licencja, którą otrzymał w latach 60., i którą pokazał wówczas biskupowi Pierre’owi, to nie był tylko papier. To było świadectwo jego głębszego związku z nami, z Polską Wspólnotą Episkopalną, z Kościołem Episkopalnym, z anglikanizmem – z tymi innymi owcami, które przybyły nie wiadomo skąd – czasem cztery osoby, czasem pięć, czasem dwadzieścia (byłby zdziwiony, gdyby zobaczył nas tutaj w takiej liczbie). Miesiąc temu ktoś powiedział do mnie po nabożeństwie – jak się niestety okazało, ostatnim odprawianym przez Pawła – że wreszcie czuje się w Kościele jak w domu. Myślę, że to jest właśnie taki Kościół i takim ma pozostać – między innymi ze względu na ludzi, którzy nigdzie indziej się w Kościele dobrze nie czują. Pytanie jak uda nam się to zrealizować bez Ciebie, Pawle?

Amen.

Po roku nie możemy niestety oprzeć się pewnej smutnej refleksji, a mianowicie, że chyba nam się jednak nie udało…

This entry was posted in Wpisy po polsku and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply