Wiara, która pokonuje lęk przed przyszłością

Dzisiaj Święto Dziękczynienia: ten ultraamerykański zwyczaj, którego korzeni – przynajmniej według niektórych – trzeba szukać właśnie w miejscu, w którym piszę te słowa – holenderskiej Lejdzie i obchodach zakończenia jej oblężenia w 1574 r. (pisaliśmy o tym tutaj).  Mało brakowało, a mielibyśmy w tym roku okazję po raz pierwszy spróbować niemal autentycznego ‘dziękczynnego obiadu’ w naszej parafii pw. Wszystkich Świętych w belgijskim Waterloo, który zorganizowano 10 dni temu. Zapowiedzieliśmy swój udział i mieliśmy nawet szczerą intencję wzbogacić świąteczne menu prawdziwymi polskimi marynowanymi grzybkami (nie sądzicie, że świetnie pasowałyby do indyka?). Niestety, trzy dni wcześniej nadeszła ta niespodziewana wiadomość z Krakowa, która wszystko postawiła na głowie i sprawiła, że w kilka godzin musieliśmy zrewidować wszelkie plany – zresztą nie tylko w odniesieniu do nadchodzącego weekendu…

Dzisiaj rozpocząłem dzień od wysłuchania kazania, które nasz serdeczny przyjaciel, ks. Greg Neal, wygłosił ostatniej niedzieli w swoim kościele w Irving w stanie Teksas.

W rożny sposób ożyły pod jego wpływem wspomnienia z przemiłej podroży, którą odbyliśmy zaledwie nieco ponad miesiąc temu po Polsce, a zwłaszcza zabawna historia, wiążąca się z pogadanką, którą Greg wygłosił w parafii metodystycznej w Koszalinie. Otóż, w dzień czy dwa później, tamtejszy proboszcz, ks. Sebastian Niedźwiedziński, otrzymał smsa od obecnego na niej rzymskokatolickiego duchownego, który wyrażał swoje rozczarowanie tym, że prelegent miał przecież opowiadać o swoich podróżach, a co najmniej równie dużo mówił o Eucharystii. No cóż, jakieś ziarno prawdy w tym pewnie było (chociaż wspomnieniom ze swych licznych wypraw Greg poświecił naprawdę dużo miejsca), ale od czasu, gdy Sebastian opowiedział mi o tej reakcji, nie mogę oprzeć się refleksji, że problem tkwił nie tyle w takim a nie innym ujęciu tematu, co w tym, że ów duchowny się takiego ujęcia ABSOLUTNIE NIE SPODZIEWAŁ. Jak to? Metodystyczny pastor, który mówi o Komunii Świętej, o jej centralnym znaczeniu w swojej osobistej duchowości? Co więcej, absolutnie nie daje się przy tym wtłoczyć w gotowy schemat, który przynajmniej niektórzy uczestnicy spotkania mieli w głowach (protestantyzm = „podejście symboliczne” do Komunii), i z głębokim przekonaniem świadczy o swojej wierze w RZECZYWISTĄ OBECNOŚĆ JEZUSA CHRYSTUSA W SAKRAMENCIE OŁTARZA? I wreszcie, jakby nie wystarczyło już niespodzianek, z jego słów można wywnioskować, że ta wiara nie polega jedynie na przyjęciu (trochę „na siłę”) pewnej doktryny, ale żywy element spajający jego duchowość, nadający kierunek i sens jegogreg koszalin życiu? To zasadniczo wykracza poza popularny obraz protestantów w oczach większości polskich (i nie tylko polskich) katolików.

Abstrahując od tego wspomnienia, tyleż zresztą zabawnego, co pouczającego (pokazuje ono bowiem, jak wiele mamy do zrobienia w zakresie popularyzacji wiedzy o anglikańskim podejściu do Eucharystii, z którego wywodzi się przecież także podejście wesleyańskie, znajdujące się u podstaw metodyzmu, nawet jeśli niejeden metodysta nie zdaje sobie z tego sprawy!), kazanie Grega pobudziło mnie do jeszcze innej refleksji. Większość z nas przypomina sobie mniej więcej historię o mannie z nieba, którą karmili się Izraelici w drodze przez pustynię. Greg przypomniał pewien istotny wymiar tej opowieści. Otóż mannę należało zbierać jedynie w takiej ilości, która starczała na dany dzień (chyba że następnego dnia przypadał szabat – wówczas można było zebrać podwójną miarę, bo w szabat nie należy pracować). W przeciwnym razie „chleb z nieba” ulegał zepsuciu. Nagle uświadomiłem sobie jakie to musiało być trudne.

Od kilku dni mamy u nas w domu – mniej lub bardziej stałego – futrzastego gościa. To Mister Salmon, bezpański kot, zwany tak ze względu na szczególne upodobanie, z jakim raczy się łososiem. Mister Salmon jest kotem spokojnym i dobrze ułożonym – od razu widać, że nie spędził całego swego życia na ulicy. Na pewno kiedyś miał dom. Jednak codzienna walka o przeżycie również pozostawiła w jego zachowaniu pewne ślady. Jednym z nich jest, że od razu zjada to, co mu się poda. Bez względu na ilość, pochłania wszystko natychmiast, bez wątpienia dlatego, że życie nauczyło go, iż nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie kolejny posiłek. Przyglądając się jego zachłanności, uświadamiam sobie, ze przecież właściwie postępuję podobnie. Może nie zawsze w odniesieniu do jedzenia (chociaż zdarza mi się jeść więcej niż powinienem), ale jeśli chodzi o inne ważne dla mnie rzeczy.

W dzieciństwie nauczono mnie, że oznaką dorosłości jest myślenie o jutrze: planowanie, przewidywanie konsekwencji danych posunięć, gotowość do wzięcia ich na siebie. Niestety ubocznym skutkiem tej postawy jest, że czuję się szczególnie bezsilny w sytuacjach, gdy skutków pewnych decyzji nie daje się przewidzieć, gdy przyszłość jest zupełnie niejasna i po prostu trzeba zaufać. Najchętniej nazbierałbym manny z nieba ile się da – na zapas. Po to, by pokazać, jaki jestem zapobiegliwy (chociaż skądinąd lubię uchodzić za chętnie podejmującego ryzyko i spontanicznego!).

Działam w ten sposób w życiu prywatnym, ale również jako koordynator Polskiej Wspólnoty Episkopalnej. Jeszcze kilka tygodni temu wydawało mi się, że, jak na tak młodą wspólnotę, która siłą rzeczy często musi opierać się na improwizowaniu, pewne podstawowe sprawy całkiem nieźle uregulowaliśmy. Odejście brata Pawła zmieniło to poczucie w sposób diametralny. Wczoraj aktualizowaliśmy nasza ulotkę informacyjną, gdy nagle dotarło do mnie, że nie możemy już napisać, że zapraszamy na comiesięczną Eucharystię w Krakowie, bo po prostu nie wiemy, czy będzie się ona odbywać…

Z drugiej strony i my jednak doświadczamy naszej manny z nieba. Coraz lepiej rozwija się współpraca z Zespołem Wokalnym im. Wacława z Szamotuł i jego dyrygentem, Łukaszem Laxym. W grudniu najprawdopodobniej uda nam się zorganizować w Krakowie tradycyjne anglikańskie Nabożeństwo Dziewięciu Czytań i Kolęd. Jeszcze kilka miesięcy temu uważałem to za niemożliwe do zrealizowania w polskich warunkach. Na styczeń planujemy spotkanie liderów, obecność na którym zapowiedział m.in. bp Pierre Whalon, a to oznacza również, że w królewskim grodzie odbędzie się episkopalna Eucharystia. Owszem, nie mamy pojęcia czy będzie ona miała miejsce również w lutym,hs_bonhoeffer_dietrich_-copy1 co jeszcze do niedawna wydawało się „pewne” (na tyle przynajmniej, na ile można opierać swoja pewność na osobie pełnego dobrych chęci, ale schorowanego człowieka, który nieomal zamyka dziewiąta dekadę swego życia), ale przecież w tym rzecz! To jest właśnie próba, z którą mieli do czynienia Izraelici na pustyni: zaufać, że następnego dnia znów spadnie manna.

W spuściźnie Dietricha Bonhoeffera, luterańskiego teologa i bojownika antyhitlerowskiego ruchu oporu, zachowało się między innymi następujące wyznanie wiary:

Wierzę, że Bóg ze wszystkiego, nawet z najgorszego zła, może i chce wyprowadzić dobro. Potrzebuje do tego jednak ludzi, którzy każdą rzecz chcą wykorzystać ku dobremu.

Wierzę, że Bóg w każdym trudnym położeniu chce nam dać tyle wytrzymałości, ile potrzebujemy, tylko nie daje jej na zapas, abyśmy nie polegali na sobie samych, tylko wyłącznie na Nim. Taka wiara powinna przezwyciężyć wszelki lęk przed przyszłością.

Wierzę, że również nasze błędy i pomyłki nie są daremne i Bogu nie sprawia większej trudności dać sobie z nimi radę aniżeli z naszymi rzekomo dobrymi czynami.

Wierzę, że Bóg nie jest abstrakcyjny i ponadczasowy, lecz czeka na szczere modlitwy i odpowiedzialne czyny, i odpowiada na nie.

Ten tekst „chodził mi po głowie” przy pisaniu wielu postów na blogu, jednak chyba nigdy dotąd wprost do niego nie nawiązałem. Dlaczego? Bo jest dla mnie bardzo trudny. Intelektualnie zgadzam się z nim i bardzo chciałbym moc wygłosić te słowa jako własne wyznanie wiary, ale wiem, że przerasta on to, co mi rzeczywiście „w duszy gra”. Czy rzeczywiście wierzę, że „Bóg w każdym trudnym położeniu chce mi dać tyle wytrzymałości, ile potrzebuję, tylko nie daje jej na zapas, abym nie polegał na sobie samym [i swojej „dorosłej” zapobiegliwości], tylko wyłącznie na Nim”? Kiedyś usłyszałem od pewnej bliskiej mi osoby, że Bóg daje nam dokładnie tyle możliwości widzenia i przewidywania, byśmy byli w stanie dojść do kolejnego życiowego zakrętu, za który czai się następne wyzwanie. I ani grama więcej. A naszym zadaniem jest nauczyć się akceptować to, bo właśnie na tym polega wiara – ta wiara, która przezwycięża lęk przed przyszłością.

Bardzo często reaguję irytacją na takie traktowanie wiary, w którym staje się ona pewnym sztywnym, niezmiennym światopoglądem, listą gotowych odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania, gotowych rozwiązań wszystkich możliwych problemów. Dzisiaj nachodzi mnie jednak pytanie, czy u podstaw mojej irytacji nie czai się przypadkiem odrobina tęsknoty za takim podejściem. Czy aby sam nie chciałbym „posiadać wiary” (co już samo w sobie brzmi strasznie, nawet jeśli skądinąd występuje, jako wyrażenie, również w Biblii), która spowoduje, że zobaczę więcej, osiągnę na nowo jakaś „pewność”.Hanukkah_celebrations,_New_York_City,_1880 Żyć „chlebem z nieba” i rzeczywiście zbierać go tylko w takiej ilości, która wystarcza na jeden dzień, naprawdę nie jest łatwo, nawet jeśli doświadczenie dyktuje ci skądinąd, że ten chleb już wielokrotnie docierał w samą porę. Najchętniej jednak nazbierało by się go więcej – na zapas, na wszelki wypadek…

Dzisiaj jest nie tylko Święto Dziękczynienia. Nasi żydowscy bracia i siostry rozpoczynają właśnie obchody chanuki. Chanuka to pamiątka cudu świateł, który wydarzył się w czasach Machabeuszy. Gdy odzyskano Świątynię Jerozolimską, znaleziono tylko jeden mały pojemnik z koszerną oliwą, której powinno było starczyć zaledwie na jeden dzień, a jednak cudownie paliła się aż przez osiem dni – do chwili, gdy przygotowano nowe zasoby koszernej oliwy do zapalenia Menory. Gdy czytamy o cudach biblijnych, najczęściej pytamy, czy aby „na pewno się wydarzyły”. Jednak – jak mówi Talmud – „w Torze nie ma przedtem, ani potem”, dlatego powinniśmy zadawać to pytanie – jednocześnie – we wszystkich czasach gramatycznych na raz. I jak będzie brzmiała odpowiedź? Moja własna odpowiedź? Może: „Wierzę, Panie, pomóż memu niedowiarstwu!”?

This entry was posted in Wpisy po polsku and tagged , , , , , , . Bookmark the permalink.

One Response to Wiara, która pokonuje lęk przed przyszłością

  1. Katarzyna says:

    Żyj tak, każdego dnia jakbyś wierzył, że Boga nie ma.

Leave a Reply