“Chrześcijanin nie powinien mieć wątpliwości”,
czyli “Tam gdzie książki palą…”

… niebawem i ludzi palić będą”. Te słynne słowa wyszły spod pióra wielkiego niemieckiego poety Heinricha Heinego. Wypowiada je jeden z bohaterów jego sztuki “Almansor” w odniesieniu do spalenia Koranu przez hiszpańską Świętą Inkwizycję. Sztuka powstała w 1821 r. Zaledwie nieco ponad sto lat później naziści wydali na pastwę płomieni książki samego Heinego i rzeczywiście spełniło się jego proroctwo. Wkrótce potem zapłonęły piece krematoriów w obozach zagłady…

Zdajemy sobie sprawę, że z takimi skojarzeniami należy bardzo uważać. Nazbyt łatwe nawiązania zarówno do terroru Inkwizycji, jak i do – skądinąd zupełnie z nim nieporównywalnych – zbrodni nazizmu może prowadzić do trywializacji zła i spowodować, że z czasem utracimy wszelki zmysł proporcji. A jednak przyznajemy, że trudno jest namTerlikowski-siekiera-Slajder się im oprzeć, gdy widzimy p. redaktora Tomasza Terlikowskiego najpierw rąbiącego na kawałki książkę “Tarot Apokalipsy” Światosława Nowickiego i Magdaleny Walulik, a potem wrzucającego ją, wraz z dołączonymi do niej kartami Tarota, do pieca.

Co się właściwie wydarzyło? Światek – filozof, znany heglista, ezoteryk, astrolog i, do czego się chętnie przyznajemy, nasz znajomy – przesłał egzemplarz swojej książki do siedziby portalu fronda.pl, czym wywołał tam pokaźną konsternację. “Frondyści” udali się po poradę do br. Marcina Radomskiego OFMCap. Jego reakcji, tak jak przedstawiono ją na portalu, trudno nie uznać za wstrząsającą. Jej pierwsze słowa brzmiały: “Chrześcijanin nie powinien mieć wątpliwości, karty Tarota jako przedmiot związany z kultem zła mogą i powinny zostać spalone”. Jak skomentować taką wypowiedź?

Zacznijmy może od Tarota. Jego kariery w kulturze europejskiej trudno nie uznać za co najmniej osobliwą. Katolicki teolog, kardynał Hans Urs von Balthasar, pisze:

Pochodzenie Tarota jest niejasne, podobnie jak pochodzenie jego symboliki (…). Próby wywodzenia ich z mądrości Egiptu czy Chaldei pozostają fantazją, podczas gdy wiarygodne jest wyjaśnienie ich zastosowania i rozprzestrzenienia przez odniesienie do wędrownych Romów. Najstarsze zachowane karty pochodzą z XIV w. Zbieżności pomiędzy symbolami Tarota i kabałą, astrologią oraz alfabetem hebrajskim powstały stosunkowo późno, pod koniec XVIII w. – jak się uważa najpierw za sprawą francuskiego archeologa hrabiego de Gebelin (1728-1784).
Źródło: Tomberg V., “Meditations on the Tarot: A Journey into Christian Hermeticism”, tłum. Powell R., New York 2002, str. 662

Jak widać, kardynał Świętego Kościoła Rzymskiego i jeden z najwybitniejszych teologów rzymskokatolickich minionego stulecia żywił w odniesieniu do Tarota całkiem sporo wątpliwości. Co więcej, w tym samym tekście, który stanowi posłowie do książki “Meditations on the Tarot” Walentyna Tomberga (przetłumaczyliśmy z niej swego czasu ten tekst), von Balthasar podkreśla, że wielokrotnie czyniono próby przystosowania Tarota do tradycji katolickiej. Bez wątpienia jedną z najważniejszych i najbardziej oryginalnych takich prób jest sama książka Tomberga. Przytoczmy kilka wypowiedzi na jej temat. Opat Basil Penington OCSO pisze: “Bez wątpienia jest to najbardziej wyjątkowe dzieło, które kiedykolwiek czytałem. Posiada niesamowitą duchową głębię i wejrzenie”. Inny trapista, opat Thomas Keating, nazwał ją “najwspanialszym dotychczasowym wkładem w ponowne odkrycie i odnowienie chrześcijańskiej tradycji kontemplatywnej Ojców Kościoła i wieków średnich”. Bodaj najbardziej wymowny był w swojej ocenie słynny benedyktyn, o. Bede Griffiths, który nazwał “Medytację” “ostatnim słowem mądrości”. Wszystkie te opinie wypowiedziano, przypomnijmy raz jeszcze, na temat książki, która właśnie na podstawie symboliki kart Tarota podejmuje krok za krokiem podstawowe wątki chrześcijańskiej wiary i duchowości. Czy trzeba lepszego dowodu na to, że br. Radomski, wiążąc Tarot jedynie z kultem zła, po prostu nie wie, o czym mówi?

Jednak problem jest szerszy aniżeli tylko odniesienie chrześcijan do Tarota i, szerzej, do tradycji ezoterycznej. Nami wstrząsa najbardziej stwierdzenie brata Radomskiego, że chrześcijanin nie powinien mieć wątpliwości. Chciałoby się zapytać, czym jest dla niego chrześcijaństwo. Czy wciąż jeszcze wiarą, czy raczej skrajnie zdogmatyzowaną ideologią? I tu trudno oprzeć się kolejnemu skojarzeniu – z niedawnym listem polskich biskupów w sprawie “gender”. Również w nim religia przybiera postać ideologii zwalczającej inne ideologie. Osobiście wydaje nam się, że nie jest sensowne podejmowanie polemiki z takimi poglądami. Natomiast bez wątpienia trzeba przeciwstawić im inną wizję. Opisując znaczenie terminu “comprehensiveness”, Urban T. Holmes III pisze w książce “What is Anglicanism” o “priorytecie dialektycznego poszukiwania nad precyzją i natychmiastowym rozstrzyganiem”. Holmes opowiada się za “poczuciem wspólnoty myśli w przeciwieństwie do zajmowania dookreślonego, definitywnego stanowiska”. W taki sposób opisujemy naszą wiarę i my. Chyba nie tylko dlatego, że jesteśmy anglikanami, aczkolwiek bez wątpienia właśnie w anglikanizmie znaleźliśmy miejsce na jej przeżywanie i dzielenie się nią z ludźmi o podobnym podejściu, chociaż często o skrajnie różnych od naszych poglądach. Wątpliwości są nieodłączną częścią tak pojmowanej wiary. To właśnie one chronią przed zajmowaniem definitywnych stanowisk, dzięki czemu zawsze jest jasne, że to nie do nas należy ostatnie słowo.

Widok Tomasza Terlikowskiego, którego znamy przecież także jako tłumacza świetnych książek rosyjskich myślicieli religijnych, autora wnikliwych tekstów w magazynie “Semper Reformanda”, bystrego obserwatora i komentatora rzeczywistości, w roli domorosłego inkwizytora jest nie tylko skrajnie przykry i napawający wstydem, gdy uświadomić sobie, że w oczach niejednego widza reprezentuje on postawę charakterystyczną dla chrześcijanina. Ten smutny i przerażający film uświadamia nam po raz kolejny, że w Kościele naprawdę dzieje się coś złego, że niektórzy pogrążeni w lęku przed światem, coraz mniej zdolni do podjęcia z nim dialogu, chrześcijanie są na najlepszej drodze do przekreślenia najwspanialszych kulturotwórczych tradycji chrześcijaństwa i zastąpienia ich przez agresywne sekciarstwo.

Oczywiście ten gest nosi również wiele cech najzwyklejszej kabotyńskiej błazenady obliczonej na krótkotrwały efekt zwarcia szeregów w walce ze wszystkimi możliwymi niebezpieczeństwami: od sekularyzacji przez gender i homoseksualizm aż po “lewactwo” i ezoterykę. Uświadomienie sobie tego napawa nadzieją – przede wszystkim na to, że tym razem przepowiednia Heinricha Heinego się nie sprawdzi. Chłopcy z “Frondy” chyba jednak nie nadają się na prawdziwych pachołków inkwizycji. Co będzie jednak, jeżeli zainspirowani ich przykładem, sztandar walki przejmą ludzie bardziej zdecydowani i pozbawieni skrupułów? W historii świata bywało już niejednokrotnie tak, że to, co zaczynało się od pozornie niewinnej błazenady, kończyło się tragedią…

* Z jego własnego komentarza na Facebooku dowiedzieliśmy się, że – wbrew sugestii – to nie Światosław Florian Nowicki wysłał do Frondy swoją książkę. Oczywiście słowa “obdarował nas”, których użyła “Fronda”, można rozumieć szerzej -” napisał”, “wydał” – jednak sugestia jest oczywiście jasna.

This entry was posted in Wpisy po polsku and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply